redakcja@prawicapolska.pl http://www.prawicapolska.pl

Poleć stronę znajomym

Ustaw stronę Prawicy Polskiej jako startową

Dodaj do ulubionych

496126

NUMER BIEŻĄCY

STRONA GŁÓWNA

AKTUALNOŚCI

NUMERY ARCHIWALNE

KONTAKTY

LISTY

ZAPISZ SIĘ NA LISTĘ DYSKUSYJNĄ PRAWICA POLSKA
nazwisko
imię
e-mail

Święto Świętojańskiej

Gdynia świętowała wczoraj zakończenie I etapu modernizacji ul. Świętojańskiej. Entuzjaści chwalą przedsięwzięcie. Sceptycy przypuszczają, że jest to jedna z pierwszych porcji "wyborczej kiełbasy".

Atmosfera na częściowo nowej ulicy przypominała pochód pierwszomajowy. Paradę z przeraźliwym rykiem silników otworzyli motocykliści. - Boję się! - płakała kilkuletnia dziewczynka. Do miejsca, w którym zaczyna się "nowe" (wyremontowano środkową część ulicy) prezydent Gdyni przyjechał otwartą limuzyną. - Przyjaciele! Spełnia się wspaniały, wielki sen gdynian, którzy od wielu lat marzyli o tym, by tak jak się zmienia nasze miasto, które staje się piękniejsze i nowocześniejsze, zmieniła się także nasza piękna ulica Świętojańska - mówił Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni. - To piękna i niepowtarzalna ulica. Nie ma drugiej takiej na świecie. Przed nami kolejne etapy modernizacji. Za kilka lat przejedziemy nową, piękną, całą ulicą Świętojańską. Już dziś możemy się cieszyć. Wstęgę przeciął prezydent Gdyni oraz honorowy obywatel tego miasta - abp Tadeusz Gocłowski: - Oddajmy hołd tym, którzy podjęli inicjatywę i projektowali oraz tym, którzy tu pracowali, a nie mieli łatwo, bo ruch tu normalnie trwał. Sklepy Bogu dzięki były nawiedzane przez ludzi kupujących. Handlujący w tutejszych sklepach nie chcieli odpowiadać na pytanie czy przebudowa przysporzy im klientów, czy też obroty spadły: - Nie udzielam wywiadów. Nie chcę się wypowiadać - słychać było m.in. w sklepie z torebkami i paskami. Czy gdynianie są zadowoleni z modernizacji Świętojańskiej? Mieszkańcy tej ulicy przeważnie tak, bo przy okazji wymieniono tu wszelkie instalacje. Zdania są jednak podzielone: - Jeśli wydano tyle pieniędzy na remont, wybrukowano chodniki, zamontowano jakieś specjalne lampy, to nie rozumiem, dlaczego przyłącza gazu schowano w tak brzydkich, szarych pojemnikach przypominających kształtem starą pralkę? - pyta obserwujący paradę Marek Wójcik. - To tu nie pasuje i psuje efekt. Wycięto też drzewa - lata całe miną, zanim Świętojańska znów się zazieleni. Pierwszy etap modernizacji ulicy Świętojańskiej kosztował ponad dziesięć milionów złotych. Władze miasta się cieszą. Opozycja nie podziela entuzjazmu. - Modernizacji zakończonej na trzy miesiące przed wyborami nie można traktować inaczej jak tzw. kiełbasy wyborczej - mówi Jarosław Duszewski, radny SLD. - Tak naprawdę cała ulica powinna wyglądać tak jak obecnie już dawno, nawet za poprzedniej kadencji rządzącego dziś ugrupowania. Można to było zrobić oszczędzając pieniądze wydane na inne, nietrafione inwestycje. Mówię tu chociażby o Drodze Różowej budowanej praktycznie dla jednego hipermarketu, a w dodatku za drogie obligacje, przy zbyt małym udziale funduszy pomocowych Unii Europejskiej. Nie tylko lewica zastanawia się, czy modernizacja Świętojańskiej była najlepszym pomysłem. - Docierało do mnie na dyżurach wiele skarg, przede wszystkim od handlowców - mówi Andrzej Czaplicki, radny Przymierza Prawicy-PiS. - Najpierw toczące się prace, a teraz choćby sam zakaz parkowania przy Świętojańskiej mają bezpośredni wpływ na obroty sklepów. Klienci często wybierają te placówki handlowe, pod które mogą podjechać. Przy takiej inwestycji oprócz aspektu czysto wizualnego trzeba się zastanowić nad funkcjonalnością, nad tym, co zmiany oznaczaja dla użytkowników, którzy przecież płacą podatki. Wydaje się, że wcześniej powinno się przeprowadzić debatę publiczną, biorąc pod uwagę głosy wszystkich zainteresowanych. Do wieczora bawiono się wczoraj wokół scen rozstawionych wzdłuż ulicy. W sercu miasta można było spotkać rycerzy, clownów, dudziarzy, podziwiać tańce irlandzkie czy dworskie. Na deserzostawiono koncert Perfectu na skwerze Kościuszki i pokaz sztucznych ogni. Autor: Jaga, TN za "Głosem Wybrzeża" z dn. 24 czerwca 2002 r.

24. 6. 2002

Mariusz Kamiński zażenowany wyrokiem sądu

W piątek Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że Danuta Waniek, pozwana przez Ligę za postawienie jej takiego zarzutu, miała rację pisząc o bojówkarskich akcjach Ligi.

Jednocześnie była szefowa sztabu Kwaśniewskiego ma przeprosić Ligę za inny zarzut - który sąd uznał za nieprawdziwy - jakoby w akcjach Ligi brały udział osoby, którym za to płacono.

"Jestem zażenowany; będziemy się odwoływać, wierzę, że w II instancji sprawiedliwość zatriumfuje" - powiedział Kamiński dziennikarzowi PAP, zastrzegając, że wypowiada się jako strona procesu, nie jako poseł.

"Przewidywałem, że sprawa pójdzie w tym kierunku, bo widziałem reakcję sędzi na moje zeznania i to, jak była ugrzeczniona, kiedy zeznawali posłowie SLD" - powiedział Kamiński. Skrytykował sąd za to, że proces trwał niemal siedem lat.

Kamiński oświadczył, że dla Ligi podstawowym zarzutem stawianym Waniek była sprawa rzekomego opłacania udziału w akcjach Ligi. "To, że nie jesteśmy najemnikami, było dla nas najważniejsze" - dodał.

W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Zofia Malarska mówiła, że podczas dwóch akcji Ligi w Warszawie w październiku 1995 r., które zakłóciły spotkania wyborcze Kwaśniewskiego, to właśnie jej działacze i sympatycy byli "stroną agresywną, atakującą i prowokującą do reakcji". Sąd odrzucił twierdzenia świadków Ligi, że tak nie było (w tym jej szefa posła Mariusza Kamińskiego). "Przeczy temu pozostały materiał dowodowy" - dodała sędzia.

Stan faktyczny sąd ustalił przede wszystkim na podstawie zapisów wideo ze spotkań na AWF i pod teatrem "Guliwer", które - jak podkreśliła sędzia - w przeciwieństwie do subiektywnych odczuć świadków obu stron procesu, pokazywały "obiektywny zapis wydarzeń". "Z zapisów wideo wynika, że stroną atakującą była Liga" - oświadczyła sędzia. "W AWF Liga faktycznie rozbiła spotkanie oraz w istotny sposób zakłóciła spotkanie w teatrze" - dodała.

Sąd przyjął, że dla współczesnego rozumienia słowa "bojówka" najważniejsza jest, nie jak dawniej, przemoc fizyczna, ale psychiczna. Zarazem sąd uznał, że Liga stosowała obie jej formy. Sąd podał jako przykłady m.in. głośne skandowanie "wrogich i obraźliwych okrzyków" (np. "SLD-KGB", "Raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę"), uniemożliwienie wejścia uczestnikom mityngu w teatrze, uderzanie ich drzewcami od flag, zarzucanie flag na głowy wchodzącym. "Te zachowania członków Ligi mają charakter działań bojówkarskich we współczesnym rozumieniu tego słowa" - mówiła sędzia.

Sąd oparł się m.in. na opinii biegłego, wybitnego profesora prawa Michała Pietrzaka, który oświadczył przed sądem, że zachowania członków Ligi "miały charakter działań bojówkarskich i zadymiarskich". Według niego, przemoc fizyczna nie odgrywa już takiej roli dla bojówek jak niegdyś, np. w II RP.

Sąd nakazał Waniek przeprosiny Ligi w "Rzeczpospolitej", gdyż uznał, że nie przedstawiła dostatecznych dowodów na opłacanie manifestantów przez Ligę. Ograniczył publikację przeprosin tylko do "Rzeczpospolitej" (którą nazwał "gazetą neutralną"), co - zdaniem sądu - "wystarcza do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych Ligi".

Pełnomocnik Ligi mec. Grzegorz Rybicki zapowiedział odwołanie do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. "Sprawa zakończyła się połowicznym sukcesem obu stron i zarazem ich połowiczną porażką" - powiedział po wyroku.

"Drugi zarzut był dla nas równie ważny jak pierwszy" - dodał.

(PAP)

23. 6. 2002

Kulisy festynu w Gdyni

Referat promocji, pełnomocnik ds. projektów, wydział kultury - to tylko niektóre komórki jakimi dysponuje miasto. Jednak by zorganizować festyn z okazju modernizacji ul. Świętojańskiej, Gdynia musi... wynająć zewnętrzną firmę.

- Cała impreza kosztuje około 45 tysięcy złotych i prawie w całości sponsorowana jest przez firmy - mówi Tomasz Banel, naczelnik Wydziału Polityki Gospodarczej UM Gdyni. - Gmina ponosi tylko koszty związane na przykład z drukiem plakatów czy produkcją koszulek, które będą gadżetami dla mieszkańców. Urzędnicy nie są od tego, by organizowali logistykę. Nasz referat promocji zajął się zdobyciem sponsorów, nagłośnieniem tego przedsięwzięcia, bo takie są jego obowiązki.

W ubiegłym roku miasto jednak powołało nowego pełnomocnika ds. projektów (jako jedyny z pełnomocników nie pracuje społecznie). W zakres obowiązków wpisano m.in. "inicjowanie przedsięwzięć i projektów służących integracji wspólnoty gminnej, koordynację prac i projektów związanych z realizacją zadań we współpracy z członkami Zarządu Miasta, naczelnikami wydziałów i kierownikami jednostek organizacyjnych, współpracę z radami dzielnic, organizacjami pozarządowymi, instytucjami publicznymi oraz prywatnymi w zakresie wspólnego realizowania projektów, ocena i analiza realizacji przedsięwzięć i przedkładanie wniosków prezydentowi".

- W ciągu roku organizowane jest mnóstwo projektów - mówi Joanna Grajter, rzecznik prasowy UM Gdyni. - Teraz na przykład organizowane są Centralne Obchody Dni Morza. Jedna osoba nie może zajmować się tysiącem rzeczy naraz i koordynować pracę setek ludzi. Takie przygotowania trwają miesiącami i jednocześnie przecież planuje się organizację wielu innych wydarzeń.

Okazuje się, że "nie zdajemy sobie sprawy", jak wielkiego nakładu pracy wymaga np. zorganizowanie Dni Morza. To faktycznie olbrzymie przedsięwzięcie wymagające sporo pracy i trudno się z tym twierdzeniem kłócić. Przytoczmy jednak "konkrety", które padły w rozmowie: "to skoordynowanie działania różnych instytucji, sprawdzenie, czy poszczególne imprezy ze sobą nie kolidują, przygotowanie masy papierów, wysyłka ogromnej liczby zaproszeń, przygotowanie listy osób zaproszonych, współpraca z ministerstwami, by zaproszenia zostały rozesłane do odpowiednich służb, zadbanie, by zaproszenia miały odpowiednią treść, by zaproszenia miały właściwą grafikę." Zaproszenia wydają się więc głównym elementem wielomiesięcznych przygotowań, a przynajmniej najbardziej eksponowanym. Wspomnijmy, że pełnomocnik ds. projektów nie jest jedynym pracownikiem Biura Prezydenta, a mamy jeszcze cały Referat Promocji.

- Każdy z urzędników jest odpowiedzialny za konkretne elementy i dlatego w Gdyni nie ma bałaganu - mówi Joanna Grajter. - Często pracujemy do wieczora i jest nad czym pracować. Daj Boże każdemu urzędowi i każdej redakcji, by tak dzielnie pracowała.

Autor: TN za "Głosem Wybrzeża" z dn. 19.06.2002 r.

19. 6. 2002

PiS za odwołaniem Borowskiego

Kluby PiS i LPR zapowiedziały, że zagłosują za odwołaniem Marka Borowskiego z funkcji marszałka Sejmu. Wbrew zapowiedziom podczas debaty klub Samoobrony zdecydował, że zagłosuje jednak za odwołaniem Borowskiego.

Marszałka zamierzają bronić kluby koalicji rządowej. Wniosku nie poprze też PO.

Głosowanie nad odwołaniem marszałka zaplanowano na czwartek. Według Regulaminu Sejmu, do wyboru marszałka, a zgodnie z opiniami prawnymi - także do odwołania, potrzebna jest bezwzględna większość głosów - czyli co najmniej 231 posłów. Kluby LPR, Samoobrony i PiS mają łącznie 130 posłów.

W środę w Sejmie odbyła się burzliwa debata nad projektem uchwały LPR ws. odwołania Borowskiego z funkcji marszałka. Zakończyła się zapowiedzią wiceszefa klubu LPR Romana Giertycha, że wystąpi na drogę sądową przeciwko posłowi SLD Marianowi Marczewskiemu.

Giertych, który uzasadniał wniosek zarzucił Borowskiemu, że nie pozwala na to, by spór o Polskę toczył się w Izbie i nie dopuszcza do głosu opozycji. Zdaniem wiceszefa klubu Ligi, jeśli "emocje społeczne nie zostaną skanalizowane w Sejmie to wyleją się gdzie indziej - na ulicach".

Podkreślił też, że kanclerz niemiec Gerhard Schroeder i UE "kiwa jak dzieci" polski rząd w sprawie dopłat bezpośrednich dla rolników.

"Mówicie, że 25 proc. jest niedopuszczalne, kanclerz Schroeder mówi zero dopłat do rolnictwa.(...) Serdeczny wasz przyjaciel was tak kiwa. A wy jak takie pudelki, rączkami robicie i się cieszycie, jak wam ktoś dobre słowo powie z Unii. Nie znacie mentalności Zachodu - Tam, żeby coś wywalczyć trzeba bić pięścią w stół" - powiedział lider LPR.

Ludwik Dorn (PiS) nazwał marszałka "wykwitem estetycznym, ale jednak chorobliwym". Poseł PiS podkreślił, że w Sejmie obecnej kadencji opozycja jest marginalizowana, a Izba "nie jest miejscem poważnej debaty o sprawach kraju".

Dorn zaznaczył jednak, że nie zgadza się z "partykularyzmem" uzasadnienia wniosku LPR. Jego zdaniem, z uzasadnienia wniosku wynika, że "wszystko byłoby znakomicie, gdyby marszałek nie gnębił LPR". Dorn podkreślił, że "gdyby nawet Borowski nie marginalizował PiS, a zmarginalizował inne kluby, to sytuacja i tak byłaby według PiS chora".

Według Dorna, marszałek ponosi odpowiedzialność za to, że Sejm, "ta wielka ustawodawcza maszyna działa kiepsko i de facto w tajemnicy przed społeczeństwem". Zbyt często w stosunku do rządowych projektów marszałek korzysta z przyspieszonego trybu wprowadzania ich pod obrady co powoduje, że opozycja ma za mało czasu, by się z nimi zapoznać. Zdaniem posła PiS, marszałek "blokuje jedne projekty a odblokowuje drugie" - głównie rządowe.

Debata zakończyła się ostrą wymianą zdań między Giertychem a Marianem Marczewskim (SLD). Pierwszy nazwał drugiego "zomowcem" i kazał mu "stulić pysk", a ten z kolei pytał, czy prawdą jest, że Giertych poseł Ligi Witold Hatka "doprowadzili do upadku Wielkopolskiego Banku Rolniczego i utraty pieniędzy drobnych rolników".

(PAP)

19. 6. 2002

SLD: Puste hasła bez pokrycia !

Upłynęło przeszło pół roku rządów Leszka Millera. To czas pierwszych podsumowań, przedwyborczych obietnic i ich realizacji. Jeszcze wszyscy pamiętamy zapowiedzi, że będzie lepiej, mądrzej, sprawniej, że będzie normalnie, przybędzie miejsc pracy, bezpieczniej, lepiej. Czego SLD nie obiecywał każdej grupie społecznej, to już trudno dzisiaj zliczyć.

I wielu w to uwierzyło, wielu nauczycieli uwierzyło w podwyżki pensji, zaś bezrobotni, że dostaną pracę, rolnicy, że będą mieli wyższe ceny na żywność, chorzy zaś w tańsze leki i sprawniejszą opiekę, lekarstwa itd. itd.

To najbardziej dziś zdumiewa, to to że SLD realizuje program, którego nikomu nie obiecywał. Nie obiecywał przecież młodym rodzinom skrócenia urlopów macierzyńskich, likwidacji zasiłków porodowych i ograniczenia zasiłków rodzinnych. Bezrobotnym nie obiecywali przecież ograniczenia zasiłków dla bezrobotnych i wzrostu bezrobocia. Pracownikom nie obiecywano obniżenia zasiłków chorobowych. Nauczycielom odłożenia przyznanych już podwyżek pensji. Nie obiecywali opodatkowania wkładów oszczędnościowych, zamrożenia progów podatkowych i płac budżetówki. Nie obiecywali trzykrotnego podniesienia podatku VAT na materiały i usługi budowlane. Nie obiecywali zapowiedzianego przez ministra zdrowia oszczędności na refundacji leków, ani przerzucenia kosztów leczenia ofiar wypadków na ubezpieczenia właścicieli samochodów. Nie obiecywali wprowadzenia akcyzy na prąd elektryczny. Nie obiecywali kapitulacyjnej polityki integracyjnej, czego efektem jest propozycja tylko ¼ dopłaty do rolnika, tego co otrzymują rolnicy zachodnioeuropejscy. Nie obiecywali czystki w urzędach publicznych i osadzanie na stanowiskach urzędniczych tylko swoich towarzyszy. Nie obiecywali emerytom, że ograniczą możliwości do przecież i tak niskich emerytur. Dziś program rządu Millera w czystej postaci przypomina program Leszka Balcerowicza.

To dopiero początek tego co zaczęli realizować. Dziś tłumaczą, że nie zdawali sobie sprawy z sytuacji, z finansów publicznych, że to jest skutek dziury budżetowej. I rzeczywiście jest dziura budżetowa, bo od wielu lat nasze państwo więcej wydaje niż zbiera z podatków i innych dochodów. Ale w każdym normalnym kraju, polityk czy partia polityczna, które aspiruje do rządzenia krajem i stwierdzi, że nie orientuje się w sytuacji finansowej naraziłaby się tylko na kpiny i drwiny. Bowiem jak mówić o kompetencji, profesjonalizmie i przygotowaniu do sprawowania władzy, gdy się mówi bez żenady, że nie wie się w jakiej sytuacji znajduje się kraj. I oczywiście SLD kłamie, gdy mówi, że nie wiedziała w jakiej sytuacji znajduje się budżet państwa. SLD głosowało przecież za reformą emerytalną, która część składki ZUS-owskiej przekazała funduszom emerytalnym, gdzie każdy ubezpieczony ma indywidualne konta. Ten brak trzeba było uzupełnić z budżetu państwa. W tym roku budżet państwa dopłaci do ZUS 27 miliardów złotych. Także w roku ubiegłym zaczęliśmy spłacać, raty długu gierkowskiego. W roku ubiegłym spłaciliśmy 1,6 miliarda dolarów plus całość długu brazylijskiego za pożyczone z NBP pieniądze. Z każdym rokiem raty spłat będą rosły aż osiągną apogeum w 2008 roku, kiedy spłacimy 6 miliardów dolarów tylko w ciągu jednego roku, zapłacimy za bezmyślność komunistów w latach 70-tych.

Ta dziura budżetowa, według poprzedniego rządu miała być częściowo załatana przez wprowadzenie podatku granicznego. Na podatek ten, acz niechętnie wyraziła zgodę Unia Europejska. Przyniósłby on w tym roku ok. 13 miliardów złotych, a w roku przyszłym 6-7 miliardów złotych.
Wystarczyłoby to i na podwyżki dla nauczycieli i na dłuższe urlopy macierzyńskie. Jednak w Millera koncepcji integracji na kolanach podatek graniczny nie zmieścił się.
To co najbardziej poraża to bezradność rządu wobec sytuacji gospodarczej i wobec bezrobocia. Dobry pomysł aby budownictwo było kołem zmechanizowanym gospodarki, niweczy zgodę na trzykrotną podwyżkę VAT na materiały i usługi budowlane. Zaś pomysł, aby ograniczeniem możliwości zarobkowania emerytów, zaś stworzyć nowe miejsca pracy, poraża swą naiwnością.
Dziś poparcie dla towarzyszy z SLD gwałtownie spada. Miller wierzy, że po wejściu do Unii Europejskiej napłynie deszcz pieniędzy i poparcia dla jego partii powróci. Ale jeżeli w ciągu pół roku rząd Millera potrafił zniechęcić do siebie tak wiele grup społecznych, to czy tych unijnych pieniędzy wystarczy, by odwrócić spadkowe poparcie dla SLD.
I czy także SLD-owscy kandydaci na radnych, potraktują swój program podobnie jak wcześniej kandydaci na posłów i senatorów tej partii?

Marian Piłka, poseł Prawa i Sprawiedliwości

16. 6. 2002

Sopot: kandydaci UPR na listach PiS

PiS i UPR wystartują razem do wyborów samorządowych w Sopocie. Porozumienie podpisali wczoraj w obecności dziennikarzy przedstawiciele obu partii. Nie wyklucza ono innych koalicji - w Warszawie PiS podpisało z PO porozumienie dotyczące wyborów do samorządów wojewódzkich.

Krzysztof Grabowski, wiceprezes Oddziału Trójmiasto UPR, podkreślił, że porozumienie tej partii z PO, zawarte w wyborach parlamentarnych, było inicjatywą zarządu ogólnopolskiego unii, natomiast jej sopocka struktura opowiadała się zawsze za współpracą z PiS.

- PiS jest za tym, żeby tworzyć jak najszersze porozumienie ugrupowań niepostkomunistycznych - powiedział Grzegorz Strzelczyk, prezes zarządu wojewódzkiego PiS. - Celem jest koalicja pozwalająca uniknąć w samorządach hegemonii SLD oraz Samoobrony, która ciągle rośnie w siłę. Chciałbym podkreślić dramatyzm sytuacji - po raz pierwszy jest na Wybrzeżu realna możliwość, że SLD przejmie władzę.

Przedwczoraj podpisane zostało porozumienie koalicyjne dotyczące powiatu nowodworskiego, obejmujące PiS, PO, LPR, SKL i UW. Działacze PiS zastrzegli jednak, że jeśli UW zawrze porozumienie z SLD, nie będzie współpracy PiS i UW. Sopockie środowisko PiS prowadzi również rozmowy z LPR. Z kolei ogólnopolskie porozumienie podpisane przez liderów PiS i PO ma być pierwszym krokiem do budowania szerokiego bloku centroprawicowego, mogącego skutecznie rywalizować w wyborach parlamentarnych.

PiS uważa, że samorządy stały się siedliskiem korupcji, nepotyzmu i innych negatywnych zjawisk. Stąd konieczna jest wymiana ludzi na takich, którzy nie walczą o mandat radnego jako o stanowisko pracy, ale traktują sprawowanie go jako misję publiczną. Tymczasem w Sopocie mało kto jest w stanie wskazać członków Rady Miasta, poza prezydentem Jackiem Karnowskim.

- Jeżeli mieszkańcy nie znają radnych, to znaczy że radni nie znają mieszkańców i ich problemów - zauważył Andrzej Golonko z UPR. Dostało się też zarządowi Gdańska.

- Z Pawłem Adamowiczem działaliśmy na początku lat 90. w Gdańskim Komitecie Obywatelskim i to jedyna rzecz, jaka nas łączy - oznajmił Strzelczyk. - Moim pomysłem na życie nie było czerpanie pełnymi garściami z pieniędzy budżetowych, natomiast prezydent Adamowicz jest dokładnym przykładem klasy próżniaczej, o której mówił jego partyjny kolega Donald Tusk. To jest najgorszy zarząd miasta od 12 lat. Paweł Adamowicz jest pierwszym prezydentem, który nie otrzymał absolutorium - brak zatem opcji politycznej, która nie miałaby zastrzeżeń do sprawowania władzy w Gdańsku.

Jeśli za tydzień odwołany zostanie Paweł Adamowicz, na jego miejsce może wejść Strzelczyk, który nie wykluczył, "że weźmie na siebie ten obowiązek".

tom za "Głosem Wybrzeża' z dnia 14.06.2002r.

15. 6. 2002

"ND": Ordynacja samorządowa w Trybunale Konstytucyjnym

Wkrótce Trybunał Konstytucyjny ustosunkuje się do skargi złożonej przez grupę posłów opozycji na przyjętą przez Sejm poprawkę Senatu, zmieniającą metodę liczenia głosów w wyborach samorządowych. Natomiast radni Poznania zapowiedzieli zaskarżenie przepisów ordynacji jako godzącej w prawa obywatelskie. Uznanie któregokolwiek przepisu za niekonstytucyjny może skutkować unieważnieniem wyborów.

Walki o ostateczny kształt ordynacji wyborczej do samorządów trwały wiele miesięcy. Ostatecznie przegłosowano m.in. że wójtów, prezydentów i burmistrzów będziemy wybierać bezpośrednio, a głosy liczone będą metodą d'Hondta, premiującą duże ugrupowania. Właśnie tego zapisu dotyczy skarga konstytucyjna grupy posłów, którzy twierdzą, iż Senat przekroczył swoje uprawnienia, przyjmując tę poprawkę (metoda liczenia głosów nie była przedmiotem sejmowej nowelizacji). Jak udało nam się dowiedzieć w biurze Trybunału Konstytucyjnego, rozprawa w tej kwestii została wyznaczona na 24 czerwca. W prywatnych rozmowach skarżący posłowie zwracali uwagę, że zbyt późne rozpatrzenie tej skargi przez Trybunał może później skutkować np. wnioskiem o unieważnienie wyborów samorządowych. Chodzi o bieg tzw. kalendarza wyborczego, podczas którego, jak w roku podatkowym, nie mogą zmieniać się ustalone wcześniej zasady. Wszystko wskazuje na to, że w tym przypadku Trybunał wyda jednak orzeczenie na czas.
Tymczasem nowy "pasztet" przygotowali radni Poznania. Po zasięgnięciu opinii prof. Teresy Grabskiej, fachowca w dziedzinie prawa i samorządów, skierowali oni zapytanie do Trybunału, czy ordynacja jest zgodna z Konstytucją. Zdaniem radnych, godzi ona w prawa obywatelskie, a szczególnie w zasadę równości wobec prawa. Jako przykład poznańscy rajcy podają przepisy o zgłaszaniu kandydatów. W gminach do 20 tys. mieszkańców, by kandydować, wystarczy zebrać 15 podpisów poparcia, w większych gminach trzeba zapisać się na listę partyjną, zaś w dużych miastach istnieje jeszcze wymóg uzyskania przez listę pięcioprocentowego poparcia.
Rzecznik prasowy Trybunału Konstytucyjnego Katarzyna Sokolewicz-Hirszel nie chce komentować skargi Rady Miasta Poznania, która dotąd nie wpłynęła jeszcze do biura TK.
- Nie chcę komentować skargi, która formalnie jeszcze nie zaistniała - stwierdziła. Nie chciała też wypowiadać się na temat ewentualnego zaskarżenia wyniku wyborów do Sądu Najwyższego, gdyby Trybunał uznał którykolwiek z przepisów za niekonstytucyjny. Przypomnijmy, że orzeczenia TK są ostateczne.

Mikołaj Wójcik za "Naszym Dziennikiem" z dnia 13.06.2002 r.

14. 6. 2002

Umowa samorządowa między PiS a PO

Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska podpisały w czwartek umowę samorządową. Wystawią wspólne listy do sejmików wojewódzkich, ale na Mazowszu pójdą do wyborów oddzielnie, a na Podkarpaciu - w szerszej koalicji.

Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska podpisały w czwartek umowę samorządową. Wystawią wspólne listy do sejmików wojewódzkich, ale na Mazowszu pójdą do wyborów oddzielnie, a na Podkarpaciu - w szerszej koalicji.

Prezes PiS Lech Kaczyński oraz szef Platformy Maciej Płażyński podkreślali, że są usatysfakcjonowani podpisaniem wspólnego porozumienia.

Według Kaczyńskiego, podpisana umowa samorządowa to pierwszy krok do porozumienia politycznego przed wyborami parlamentarnymi w 2005 r. "Sądzimy, że na jesieni zaczniemy długą, ale prowadzoną niezupełnie publicznie dyskusję na temat naszych programów" - powiedział.

"Dzisiaj podpisana umowa to pierwszy krok do porozumienia politycznego, które obejmie rok 2005, chyba żeby rozwój sytuacji w kraju spowodował, że wybory parlamentarne byłyby wcześniej" - zaznaczył prezes PiS.

Również Płażyński podkreślił, że umowa to krok w kierunku budowania "szerokiego bloku centroprawicowego, który mógłby skutecznie rywalizować o władzę w wyborach parlamentarnych".

Prezes PiS chciałby, aby obie partie wspólnie osiągnęły w wyborach samorządowych wynik wyższy niż mają w sumie obecnie w sondażach. Kaczyński liczy na to, że będzie to powyżej 26 proc.

PiS i PO zobowiązały się w umowie do niezawierania koalicji politycznych z SLD i Samoobroną oraz do "harmonijnej współpracy swoich wspólnych reprezentacji" w trakcie całej kadencji samorządów 2002-2006.

W Warszawie PiS i PO wystawią własnych kandydatów na prezydenta. PiS - Lecha Kaczyńskiego, a Platforma - Andrzeja Olechowskiego.

Na Mazowszu PiS i Platforma będą miały oddzielne listy kandydatów do sejmików. W pozostałych województwach, oprócz podkarpackiego, koalicja będzie obejmowała wyłącznie Platformę i PiS. Tylko na Podkarpaciu będzie możliwe szersze porozumienie - z udziałem innych ugrupowań, ale nie SLD.

Zgodnie z umową, połowę miejsc na koalicyjnych listach do sejmików wojewódzkich mają zająć kandydaci wskazani przez PiS, a połowę - kandydaci wskazani przez Platformę. W połowie okręgów wyborczych pierwszym kandydatem na liście koalicyjnej ma być osoba wskazana przez PiS, a w drugiej - przez PO.

Umowa przewiduje, że w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców obowiązuje zasada obejmowania miejsc na liście kolejno przez przedstawicieli obu partii, a w pozostałych okręgach decyzje zostaną podjęte "zgodnie z warunkami politycznymi danego okręgu".

Obie partie zobowiązały się do uzgodnienia kandydatów w wyborach bezpośrednich na prezydentów dużych miast. Lista miast będzie stanowić załącznik do umowy. Jak mówił Kaczyński, lista miast jest jeszcze otwarta.

Liderzy PiS i PO ogłosili też, że wspólnym kandydatem obu partii na prezydenta Wrocławia będzie Rafał Dutkiewicz. Według Płażyńskiego, jeszcze w czerwcu mają być znani wspólni kandydaci na prezydentów innych miast.

"Sądzę, że wspólny będzie też kandydat w Gdyni" - mówił Kaczyński. Pytany o propozycje kandydatów na prezydenta Krakowa, gdzie wymieniani są Jan Maria Rokita (PO) oraz Zbigniew Ziobro (PiS), mówił, że kandydatura posła Ziobry jest "bytem po części medialnym, ponieważ PiS jej jeszcze nie wysunął".

"Oczywiście tego rodzaju możliwość jest rozważana" - powiedział Kaczyński zaznaczając też, że Ziobro jest "niezwykle przydatny w Sejmie". Prezes PiS uważa, że kandydatura Rokity "jest kandydaturą interesującą i od różnych uzgodnień dotyczących pozostałych miast zależy, czy PiS poprze jego kandydaturę, czy nie". "Wyrażając swoją prywatną opinię: byłbym szczęśliwy, gdyby to było możliwe" - dodał.

Według prezesa PiS, "na dobrej drodze są też sprawy w Lublinie", a w Białymstoku też "nie będzie szczególnych kłopotów".

Dziennikarze pytali, dlaczego na Mazowszu będą oddzielne listy obu partii do sejmików. "Nasze wyliczenia wskazują na to, że działając tu oddzielnie możemy osiągnąć nieco więcej niż wspólnie" - tłumaczył Kaczyński.

Płażyński pytany, czy zakaz zawierania koalicji z SLD po wyborach samorządowych dotyczy także Warszawy, odparł: "To dotyczy też Warszawy, trudno byłoby wyłączyć z tego stolicę".

Kaczyński nie odpowiedział jednoznacznie na pytanie, kto dołączy do koalicji PiS i PO na Podkarpaciu. "Podmiot powstały w ostatnim czasie, o wyraźnie prawicowym charakterze, nie pozbawiony zaufania; podmiot, który ma charakter pewnej wspólnoty samorządowej, ma charakter postsolidarnościowy i nie jest pozbawiony zaufania hierarchii kościelnej" - mówił prezes PiS.

Podpisanie umowy odbyło się 13 czerwca, o godz. 13., w sali sejmowej numer 13. "To dowód na to, że nie boimy się liczby powszechnie odbieranej jako negatywną" - żartował Kazimierz Ujazdowski (PiS). "Wyruszamy w dobrą drogę demonopolizacji SLD" - dodał.

Ujazdowski uważa, że podpisanie umowy "to najważniejsze wydarzenie po wyborach parlamentarnych z zakresu kontrofensywy przeciwko państwu SLD". "Wszystko, co robimy, robimy po to, aby zatrzymać fatalną dla polskiej polityki budowę państwa SLD" - powiedział polityk PiS.

Cele, jakie stawiają sobie Platforma oraz PiS, to: odnowienie samorządu terytorialnego i uzdrowienia prowadzonej przezeń polityki, zapewnienie wysokiej kompetencji wybieranych władz samorządowych, ukrócenie korupcji i innych zjawisk patologicznych, dobre przygotowanie samorządu do wyzwań związanych z wejściem Polski do UE oraz powstrzymanie budowy przez SLD państwa partyjnego.

(PAP)

14. 6. 2002

PO i PiS na Podkarpaciu rozmawiają o szerszej koalicji

PO i PiS prowadzą na Podkarpaciu rozmowy ze Wspólnotą Samorządową - lokalną organizacją popieraną przez rzeszowski episkopat. Prawdopodobnie o tę właśnie organizację zostanie na Podkarpaciu poszerzona koalicja wyborcza.

Podpisana w czwartek przez liderów PiS i PO umowa o wspólnym starcie w wyborach samorządowych na szczeblu wojewódzkim, pozwala na zawarcie na Podkarpaciu szerszej niż dwustronna koalicji. Lider PiS Lech Kaczyński poinformował, że Wspólnota Samorządowa jest "podmiotem o wyraźnie prawicowym charakterze, nie pozbawionym zaufania tamtejszej hierarchii kościelnej".

"Uznaliśmy za stosowne, żeby o ten podmiot koalicję poszerzyć" - powiedział Kaczyński.

Liderami Wspólnoty Samorządowej są starosta rzeszowski Stanisław Ożóg, wicemarszałek województwa Władysław Ortyl i wiceprezydent Rzeszowa Janusz Smulski. Jak powiedział PAP Ożóg, członkami ugrupowania są "samorządowcy, ludzie związani z małym i średnim biznesem". "Nie interesuje nas przynależność partyjna, ale dotychczasowy dorobek w samorządach" - podkreślił.

Lokalni liderzy PiS i PO, Marek Kuchciński i Jan Tomaka, poinformowali w czwartek w Rzeszowie, że chcieliby, aby na Podkarpaciu koalicja została poszerzona "o osoby nie związane z PiS i PO, ale dobrze postrzegane w lokalnych środowiskach".

"Gdyby do koalicji PiS-PO dołączyły osoby związane ze środowiskiem Ligi Polskich Rodzin, to na Podkarpaciu wygrywamy wybory" - ocenił Kuchciński.

W rozmowie z PAP Kuchciński powiedział, że "rozważa wystawienie swojej kandydatury w wyborach na prezydenta Przemyśla".

(PAP)

13. 6. 2002

PiS i PO w czwartek podpisały umowę

Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska wystawią w Warszawie nie tylko własnych kandydatów na prezydenta, ale również dwie oddzielne listy kandydatów do sejmiku wojewódzkiego.

Rzecznik PiS Adam Bielan poinformował PAP, że w środę liderzy obu partii zatwierdzili ostateczną wersję porozumienia o wspólnym starcie w wyborach do sejmików wojewódzkich. Porozumienie nie obejmie Warszawy. Bielan powiedział, że umowa zostanie ostatecznie podpisana w czwartek.

Ostateczna wersja umowy przewiduje, że kandydaci PiS i Platformy będą umieszczani na listach na przemian, choć - jak powiedział Bielan - "z możliwością odstępstw od tej reguły".

Podczas środowego spotkania prezesa PiS Lecha Kaczyńskiego i szefa PO Macieja Płażyńskiego zdecydowano, że do sejmiku województwa pomorskiego partie wystawią jednak wspólną listę. Podczas negocjacji umowy PiS proponował Platformie, by listy były tam oddzielne.

We wszystkich województwach, oprócz podkarpackiego, koalicja będzie obejmowała wyłącznie Platformę i PiS. Tylko na Podkarpaciu będzie możliwe szersze porozumienie - z udziałem innych ugrupowań, ale nie SLD.

W zaakceptowanej umowie znalazł się zakaz wchodzenia obu ugrupowań w koalicje z SLD na wszystkich szczeblach samorządu, a nie tylko tam, gdzie wystawią wspólne listy - jak zapisano we wcześniejszej wersji umowy. Takiego jednoznacznego i szerokiego zakazu domagał się PiS.

Po parafowaniu 24 maja porozumienia między Platformą a PiS o wspólnym starcie w wyborach do sejmików wojewódzkich zapowiadano, że zostanie ono podpisane w ciągu kilku dni. Tak się jednak nie stało. Najpierw PiS chciało podpisać porozumienie dopiero po kongresie zjednoczeniowym z Przymierzem Prawicy, który odbył się tydzień temu.

Z kolei w ubiegłą środę politycy PO i PiS deklarowali, że umowa zostanie podpisana najprawdopodobniej w miniony piątek, jednak znowu do tego nie doszło. W poniedziałek liderzy PiS zapowiadali, że porozumienie zostanie podpisane w środę, a we wtorek poinformowali, że do podpisania dojdzie w czwartek.

Cały czas trwają rozmowy o ewentualnych wspólnych kandydatach na prezydentów 11 dużych miast. Ich lista ma zostać dołączona jako aneks do porozumienia. Wiadomo już, że w Warszawie każda z partii wystawi swojego kandydata: Platforma - Andrzeja Olechowskiego, a PiS - Lecha Kaczyńskiego. Obaj politycy ogłosili już oficjalnie, że będą ubiegać się o ten urząd.

(PAP)

13. 6. 2002

Rafał Dutkiewicz kandydatem na prezydenta Wrocławia

Rafał Dutkiewicz jest kandydatem Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości na stanowisko prezydenta Wrocławia. Lokalne władze obu partii podpisały porozumienie o wspólnym starcie w wyborach do rady miejskiej.

Rafał Dutkiewicz nie należy do żadnej partii, jest współwłaścicielem firmy zajmującej się doradztwem personalnym. W 1990 roku był przewodniczącym wrocławskiego Komitetu Obywatelskiego. Z wykształcenia jest matematykiem.

"Chcę, by Wrocław był miastem bezpiecznym i oferującym stabilne zatrudnienie, a co za tym idzie dostatnie i stabilne życie. Chcę, by nasze dzieci uczyły się w dobrych szkołach, by Urząd Miejski pomagał rozwiązywać codzienne problemy, by przybywali tutaj inwestorzy i turyści. To wszystko da się osiągnąć, trzeba tylko mieć pomysły i dużo pracować" - powiedział PAP Dutkiewicz.

Kandydat zapowiedział, że szczegółowy program wyborczy zaprezentuje na początku września.

W podpisanej we wtorek umowie koalicyjnej znalazł się zapis o niezawieraniu porozumień z SLD i Samoobroną. Politycy PO i PiS są niechętni także zbliżeniu z Unią Wolności. O możliwości takiej koalicji mówił w zeszłym tygodniu kandydat UW na prezydenta Wrocławia, Władysław Frasyniuk.

"Szanuję, zwłaszcza historycznego, Władysława Frasyniuka. Ale wizja przyszłości Polski i Wrocławia prezentowana przez Unię Wolności jest całkowicie rozbieżna z naszą" - stwierdził Kazimierz Michał Ujazdowski z PiS-u.

Przedstawiciele PO i PiS chcą w najbliższych dniach podpisać kolejne porozumienie, tym razem o zawarciu koalicji w wyborach do sejmiku wojewódzkiego.

(PAP)

11. 6. 2002

Zwolennicy PiS należą do umiarkowanych optymistów

Zwolennicy poszczególnych partii politycznych różnią się samopoczuciem i kondycją psychiczną - wynika z badania, które w marcu przeprowadził CBOS "Psychologiczne profile elektoratów partyjnych".

Zwolennicy PiS należą do umiarkowanych optymistów.

Również pozostałe cechy rozkładają się wśród nich podobnie jak całym społeczeństwie.

Wyróżniają się cechami istotnymi dla trwałości ładu społecznego:
najmniejszym poziomem anomii,
gotowością do współpracy związaną z zaufaniem do innych ludzi,
dużą pewnością siebie.
Badanie przeprowadzono 1-4 marca 2002 roku na liczącej 1065 osób reprezentatywnej próbie losowo-adresowej dorosłych mieszkańców Polski.

P.S. Anomia to poczucie braku sensu, zagubienia w życiu społecznym, niepewność co do obowiązujących w nim wartości i reguł, a alienacja polityczna - to poczucie wyobcowania ze świata polityki, brak wpływu na tę sferę oraz nieufność do mechanizmów i elit politycznych

(PAP)

8. 6. 2002

PiS za pracami nad deklaracją o suwerenności

Klub parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości zwrócił się w piątek do Marszałka Sejmu o podjęcie prac nad "Deklaracją o suwerenności państwa w dziedzinie moralności i kultury" - poinformował PAP w sobotę Artur Zawisza z PiS.

"Projekt deklaracji skierowany został już do pierwszego czytania. Jednak jak na razie ani sejmowa Komisja Europejska, ani Komisja Kultury i Środków Przekazu nie zajęły się projektem. Dlatego zwróciliśmy się do Marszałka, aby przekazał Komisjom podjęcie prac" - powiedział Zawisza.

Zdaniem Zawiszy, powinno to nastąpić do końca tego miesiąca.

Deklaracja związana jest z naszymi negocjacjami o członkostwo w Unii Europejskiej.

Projekt deklaracji zwraca między innymi uwagę, że "wyrastająca z chrześcijańskich korzeni duchowa tożsamość Europy oparta jest na podstawowych zasadach: szacunku dla godności osoby ludzkiej i płynącego zeń nakazu prawnej ochrony życia ludzkiego; szacunku dla małżeństwa będącego związkiem kobiety i mężczyzny".

"Sejm Rzeczypospolitej Polskiej (...), zobowiązany do nadzoru negocjacji akcesyjnych Polski z UE(...), a zarazem pełen szacunku dla naturalnych uprawnień osób, rodzin i narodów, zaniepokojony, że instytucje międzynarodowe współcześnie występują przeciw tym prawom (...), wzywa do poszanowania zasady suwerenności państwowej w dziedzinach moralności i kultury" - głosi fragment deklaracji.

Projekt wzywa też "do respektowania polskiego porządku prawnego, chroniącego podstawowe zasady moralne i kulturowe, oraz do trwałego poszanowanie uprawnień polskiego Trybunału Konstytucyjnego do oceny prawodawstwa Unii Europejskiej w aspekcie zgodności z zasadami Konstytucji RP".

Przewodniczący klubu PiS Jarosław Kaczyński uważa, że deklaracja ma rozwiewać pewne obawy Polaków dotyczące wejścia do Unii Europejskiej.

Jego zdaniem, może przyjść taki dzień, że komuś wpadnie do głowy, żeby nakazać wszystkim państwom europejskim, żeby uznawały małżeństwa homoseksualne lub eutanazję. Klub parlamentarny nie zgadza się natomiast, aby większością głosów ustalano, że eutanazja jest dopuszczalna i żeby europejskie trybunały egzekwowały ten przepis w Polsce.

Projekt uchwały jest wzorowany na deklaracji przyjętej przez parlament Słowacji i na tzw. protokole dodatkowym, wynegocjowanym w traktacie akcesyjnym przez Irlandię. Pod koniec stycznia deklarację o niezależności Słowacji od Unii Europejskiej, gdyby przyjmowanie jej prawa "zagroziło wartościom chrześcijańskim", przyjął parlament tego kraju.

(PAP)

8. 6. 2002

"DB": Opuszczone rudery w mieście

Straszą szczególnie w starych dzielnicach miasta. Opuszczone ruiny, niezagospodarowane tereny i nieużytki to udręka dla mieszkańców. Tymczasem władze miasta twierdzą, że mają kłopoty ze znalezieniem inwestorów dla takich obiektów lub wręcz nie mogą nic zrobić, bo ruiny leżą na gruntach prywatnych.

Strażacy twierdzą, że to miejsca, gdzie w każdej chwili może dojść do tragedii. Pożary nie są tu rzadkością. Zdarza się, że zawala się strop na przebywających w środku ludzi.
Dręczący wielu gdynian problem niełatwo zlikwidować. Władze miasta twierdzą, że mają kłopoty ze znalezieniem inwestorów dla takich obiektów lub wręcz nie mogą nic zrobić, bo ruiny leżą na gruntach prywatnych.

Cierpią mieszkańcy

Powiatowy inspektor nadzoru budowlanego, odpowiedzialny za rozbiórki na terenie Gdyni, nie wie nawet, ile postępowań administracyjnych toczy się w stosunku do takich miejsc. Cierpią mieszkańcy. - To, co się tu ostatnio dzieje, przechodzi wszelkie pojęcie - mówi właścicielka (prosi, by nie podawać nazwiska) budynku przy ul. Dembińskiego 5 w Gdyni Działkach Leśnych. - Koło mojego domu, w opuszczonej ruderze pod numerem 4, okoliczny element urządził sobie nielegalne wysypisko śmieci. Smród jest nie do wytrzymania. Odkąd próbuję walczyć z tym problemem, jestem szykanowana. Już dwa razy wybito mi szyby w mieszkaniu, sprawców nie ujęto. Domyślam się kto to zrobił, bo podejrzane typy ciągle urządzają tam libacje, zakłócają ciszę nocną. Pisałam pisma, prośby i petycje, gdzie się tylko da. Nic się nie zmieniło.

Gryzonie na ulicach

Do podobnych sytuacji dochodzi w kilkunastu innych miejscach miasta. Sąsiedzi takich ruin są bezsilni. - Najpierw była tutaj melina - mówią o opuszczonym domu przy ul. Czeladników pobliscy mieszkańcy. Też boją się podać nazwiska. - W październiku ubiegłego roku dom spłonął. Od tego czasu ruina straszy całą dzielnicę. Nie chodzi tylko o najbliższych sąsiadów, których okna wychodzą na walące się, odrapane ściany. To siedlisko szczurów. Wieczorami gryzonie wychodzą na ulice i beztrosko biegają po okolicy. Ostatnio zaś ludzie z domków jednorodzinnych, którzy płacą za wywóz śmieci, zrobili tu sobie śmietnisko.
Problem ruin jest doskonale znany władzom Gdyni. Niestety, jak twierdzą urzędnicy, w wielu przypadkach niewiele da się zrobić. - W przypadku opuszczonego budynku przy ul. Dembińskiego 4, przez cały czas niemożliwe okazuje się dotarcie do jego właściciela - mówi Marek Stępa, wiceprezydent Gdyni. - Nie wiadomo, czy żyje, może wyjechał za granicę. My natomiast nie możemy ingerować w jego własność bez jego zgody. Nie można jednak powiedzieć, że nie robimy nic. Kilka razy oczyszczaliśmy tę posesję ze śmieci. Za miejskie pieniądze.

Beztroska bezdomnych

Ruiny nie przeszkadzają chyba tylko bezdomnym. Twierdzą, że przebywanie w takich miejscach nie stanowi niebezpieczeństwa dla zdrowia i życia. - Czym to może grozić, przecież w okolicy nie ma żadnych dzieciaków - twierdzi jeden z częstych bywalców lokalu przy ul. Morskiej. - Tu mieszkają sami starsi ludzie. A że czasem ktoś tu wejdzie i wypije jedno, czy dwa piwka? Przecież to nic złego. To dobre miejsce na imprezę, bo przynajmniej nie trzeba tu sprzątać.
(m.ż., szad)
za "Dziennikiem Bałtyckim" z 07.06.2002 r.

7. 6. 2002

Porozumienie PO-PiS odroczone...

Rozmowy koalicyjne między liderami PO i PiS nt. wspólnego startu w wyborach samorządowych do sejmików wojewódzkich, przedłużają się...

Deklaracje dobrej woli są, ale porozumienia wciąż nie ma. Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska po raz kolejny odroczyły podpisanie parafowanego już porozumienia w sprawie wspólnego startu w wyborach samorządowych.

Co do głównej idei obie strony nadal są zgodne: trzeba wystawić wspólnych kandydatów do sejmików wojewódzkich. W pozostałych kwestiach, które miałaby regulować umowa, pojawiają się jednak rozbieżności.
I tak Adam Bielan, rzecznik PiS, przekonuje, że jego partii bardzo zależy na doprecyzowaniu tych zapisów, które zakazują sygnatariuszom porozumienia zawiązywania powyborczych koalicji z SLD. Platforma uważa, że zakaz ten powinien dotyczyć wyłącznie samorządów, w których PiS i PO miałyby wspólną reprezentację – a więc sejmików wojewódzkich. PiS chciałby rozszerzenia tej zasady także na gminy i powiaty – a zwłaszcza rady dużych miast. Solą w oku PiS jest Warszawa, gdzie Platforma rządzi w sojuszu z SLD i – zdaniem Bielana – wcale nie chce z tego przymierza rezygnować.

Według szefa PO, Macieja Płażyńskiego, problem leży jednak gdzie indziej. Dotyczy aneksu do umowy, który ma zawierać nazwiska wspólnych kandydatów na prezydentów wielkich miast.

Zdaniem Platformy Prawo i Sprawiedliwość próbuje przeforsować zbyt wielu własnych kandydatów, a kilku z nich np. Kosma Złotowski były rzecznik PPChD – którego PiS proponuje na prezydenta Bydgoszczy – jest dla partii Macieja Płażyńskiego nie do zaakceptowania.

SARZ za dziennikiem „Życie” z 06.06.2002 r.

7. 6. 2002

SLD chce samorząd(zić) !

"Nasz Dziennik": Z Jerzym Czerwińskim, posłem Ligi Polskich Rodzin, członkiem sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mikołaj Wójcik

Najpierw walka o wiosenny termin wyborów, potem metoda liczenia głosów d'Hondta, teraz specyficzny rodzaj wyborów bezpośrednich wójtów, burmistrzów i prezydentów. SLD stara się przygotować jak najlepszy grunt legislacyjny przed wyborami?

- Zgadzam się z tym. To wszystko było po to, by zwiększyć wynik wyborczy SLD. Oni liczą się z tym, że spadek ich notowań jest ogromny, znacznie większy, niż to pokazują sondaże. Wiedzą też, że naciskają ich tzw. doły, którym w kampanii obiecywali złote góry. Manipulacje ordynacją mogą dać im wynik niewspółmierny do notowań. Na to pozwala np. zastosowanie metody wyścigu australijskiego (już w pierwszej turze wygrywa kandydat, który otrzymał 20 proc. głosów, o ile dwóch kolejnych uzyskało łącznie niższy wynik). SLD chce mieć jak najwięcej miejsc, w których przetrwa trudny i niepopularny czas rządzenia państwem. W samorządach jest wiele "smacznych" kąsków, tylko o nie trzeba powalczyć. Legislacyjnie zapewnili sobie niemal wszystko, ale i to może okazać się za mało...


Argumentem za wyborami na wiosnę miała być troska o czas na przygotowanie przez nowe władze swojego budżetu.

- Taki był argument, to fakt. Tylko że jest to hipokryzja. Projekt ustawy o finansowaniu samorządów, czyli podstawowej rzeczy dla samorządowców, nadal nie wpłynął do Sejmu. Ten moment jest odwlekany od kilku miesięcy, my już powinniśmy uchwalać tę ustawę. Szkopuł w tym, iż jest ona korzystna dla samorządów, ale kosztem budżetu centralnego.


Obserwowaliśmy SLD-owski pośpiech z wyborami, teraz w ekspresowym tempie uchwalono ustawę o bezpośrednim wyborze wójtów, burmistrzów i prezydentów...

- Tej ustawie można zarzucić bardzo wiele, głównie w sferze kompetencyjnej tak wybranych władz. Poprawki te Komisja Ustawodawcza pod przewodnictwem posła Ryszarda Kalisza przegłosowała w kilkanaście minut. Ustawa była tworzona w pośpiechu, choć podobno SLD już przed wyborami miał szuflady pełne przygotowanych projektów ustaw. Tymczasem, według mnie, ustawa w takiej formie doprowadzi do jeszcze większego skonfliktowania dwóch bezpośrednio wybieranych organów: rady i burmistrza. Mają tę samą legitymację i są tak samo silne. Jeśli zdarzy się, że będą pochodzić z odmiennych opcji politycznych, nastąpi naturalny konflikt. Tym bardziej że nie doszło do jednoznacznego rozdziału kompetencji. Kompetencje zarządu gminy jako ciała kolegialnego przeniesiono na burmistrza mechanicznie, zamieniając w kilkudziesięciu ustawach słowa "zarząd gminy" na "burmistrz". Tym samym burmistrz, kontrolowany przez Regionalną Izbę Obrachunkową czy Komisję Rewizyjną, będzie sprawował władzę absolutną. Moim zdaniem, to zbyt pochopne działanie i może spowodować wiele problemów po wyborach.


Tym bardziej że tak wybrany burmistrz będzie w praktyce nieusuwalny.

- Odwołać go można będzie tylko w referendum. To zaś można rozpisać w dwojaki sposób. Może to być inicjatywa obywatelska, ale do tego potrzebne jest zebranie podpisów 10 proc. wyborców danej gminy czy miasta. Na przykład w Warszawie to byłoby ponad 120 tys. osób! Jest to więc w praktyce niemal niemożliwe. Drugi sposób to decyzja rady. Ale tu czai się kruczek. Bo referendum może zadziałać dla rady jak miecz obosieczny. Do odwołania burmistrza potrzeba zwykłej większości, przy frekwencji nie mniejszej niż 30 proc. To się do tej pory udawało bardzo rzadko. Jeśli nie uda się odwołać burmistrza... rozwiązaniu musi ulec rada. Czy radni zdecydują się na tak ryzykowny krok? Bardzo wątpię.


Wspomniał Pan o majątku, który będzie praktycznie tylko w gestii burmistrza.

- Prawo powinno likwidować ewentualne zagrożenia u podstaw, głównie korupcyjne. Ja "podziwiam" kolegów z PiS, którzy proponują np. jawność oświadczeń majątkowych. Tylko że to jest działanie post factum i to zakładając, że są one zgodne z prawdą. A my dajemy jednemu człowiekowi prawo dysponowania sporym majątkiem i to w dodatku nie swoim, i to praktycznie bez kontroli. To nie tak powinno być.


Podczas prac nad tą ustawą dużo mówiło się o odpolitycznianiu samorządów. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z takimi zmianami?

- Nie. Mamy za to do czynienia z bajkami opowiadanymi przez SLD czy Platformę Obywatelską, że oto odpolitycznia się samorządy. Jak wygląda rzeczywistość? Po pierwsze, kandydata można przywieźć w przysłowiowej teczce, gdyż nie musi on mieszkać na terenie, na którym ma kandydować. A więc może się okazać, że jest bardziej związany z szyldem, pod którym startuje, niż ze społecznością, którą ma dobrze rządzić. Po drugie, zgłosić go może komitet, który zarejestrował listy w co najmniej połowie okręgów wyborczych w danej gminie, co eliminuje kontrkandydatów będących tzw. lokalnymi autorytetami. Po trzecie, kandydat na burmistrza nie może jednocześnie kandydować na radnego tej gminy, co eliminuje go ze współrządzenia w danej społeczności na 4 lata w przypadku przegranej. Ilu zrezygnuje z kandydowania w takich warunkach?


Grupa posłów LPR złożyła w Sejmie projekt, który przewiduje wybory radnych w jednomandatowych okręgach wyborczych.

- Taki wybór wprowadza zależność radnego od wyborców, nie zaś od wierchuszki partyjnej. Zobaczymy, jak w związku z tym zachowają się podczas pierwszego czytania naszego projektu te kluby, których usta są pełne frazesów o odpolitycznianiu samorządów. Wszyscy popierają bezpośredniość - niech pokażą to w głosowaniu! A będą do tego mieli okazję już na najbliższym posiedzeniu Sejmu.

Dziękuję za rozmowę.

za "Naszym Dziennikiem" z dnia 03.06.2002 r.

6. 6. 2002

Trójmiasto: Kandydaci na start!

Wybory samorządowe już niebawem. Po raz pierwszy będziemy mieli możliwość bezpośredniego wyboru prezydenta miasta. Kogo zaproponują nam najważniejsze ugrupowania w Trójmieście?

Gdańsk

Unia Wolności najprawdopodobniej będzie rekomendować na prezydenta Gdańska Bogdana Borusewicza. Wcześniej mówiło się też o Krzysztofie Puszu. UW chce wystawić kandydata wspólnie z Prawem i Sprawiedliwością. W maju założono wspólny klub radnych Prawo i Samorządność.
- Naszą kandydaturę uzgodnimy z PiS. Jeśli z kolei oni przedstawią swoją propozycję, będziemy wspólnie ją rozważać - wyjaśnił Robert Bogdanowicz, przewodniczący UW w Gdańsku.
Odmienne zdanie ma szef PiS Lech Kaczyński, który twierdzi, że koalicja z Unią dotyczy tylko Rady Miasta Gdańska. Jeśli jednak chodzi o partnera w wyborach, będzie to ewentualnie PO, jeśli kandydatem ugrupowania nie będzie Grzegorz Strzelczyk, szef regionu PiS.
Z kolei lider PO Maciej Płażyński chciałby, aby nowy zarząd był lepszy, jednolity i autorski, koalicja bowiem okazała się niespójna. Być może kandydatem PO będzie ponownie Paweł Adamowicz. Wymieniane jest też nazwisko Arkadiusza Rybickiego. P. Adamowicz jest przekonany, że każdy kandydat PO wygra z Puszem czy Kaczyńskim.
Gdańska lewica zamierza odpolitycznić zarząd miasta i zastanawia się nad kandydaturą menedżera, który niekoniecznie musi mieć doświadczenie polityka.
- Obserwujemy, co się dzieje w tej chwili w zarządzie i w jaki sposób kieruje się miastem. Upolityczniony zarząd jest całkowicie nieskuteczny - stwierdził Aleksander Żubrys, szef SLD w Gdańsku. - Kogo wystawimy w wyborach, na razie nie wiadomo. Dopóki nie skończą się rozmowy, nie podamy żadnych nazwisk.
Jeśli nie uda się wariant ponadpartyjnego fachowca, kandydatem na prezydenta może zostać któryś z liderów partyjnych. Ewentualnym koalicjantem będzie Unia Pracy.

Gdynia

Wszystko wskazuje na to, że w Gdyni w wyścigu do prezydenckiego fotela weźmie udział trzech, czterech kandydatów. Niemal pewne jest, że w wyborach wystartuje obecnie urzędujący prezydent Gdyni, Wojciech Szczurek. Wokół niego skupia się wiekszkość prawicy w kończącej kadencję Radzie Miasta Gdyni, w tym również obecni członkowie PO. Choć sam Wojciech Szczurek do tej partii nie wstąpił, od dawna z nią współpracuje.
Pozostałe partie jeszcze nie określają się jasno. Swojego kandydata wystawi na pewno SLD - najczęściej mówi się o Jarosławie Duszewskim, radnym miasta, który w poprzednich wyborach samorządowych zdobył najwiekszą liczbę głosów.
Na prawicy szykuje się jeszcze najprawdopodobniej dwóch kandydatów. Jednego wystawi PiS (mówi się m.in. o Marku Biernackim). Co prawda członkowie tego ugrupowania deklarowali, że chętnie dojdą do porozumienia w sprawie wspólnego kandydata prawicy, jednak nie w wypadku, gdy będzie nim Wojciech Szczurek.
Niewiadomą pozostaje na razie ruch "Gdynia 2010" związany z Krzysztofem Mielewczykiem. Stąd może pochodzić ostatni kandydat, jednak żadne nazwiska na razie nie padają.

Sopot

W Sopocie do tej pory tylko obecny prezydent Jacek Karnowski potwierdził zamiar ponownego kandydowania.
- Zamierzam walczyć w wyborach na prezydenta miasta i po cichu liczę na poparcie innych ugrupowań - powiedział "Głosowi" J. Karnowski.
Wiadomo, że zamierza go poprzeć UW, która w Sopocie nie będzie wystawiać własnego kandydata. Z samodzielnego startu w wyborach prawdopodobnie zrezygnuje także PiS. Radny Bartosz Piotrusiewicz, nie widzi na razie w PiS osoby, która byłaby w stanie konkurować o prezydencki fotel.
- Wszystko wskazuje więc na to, że poprzemy kandydaturę Jacka Karnowskiego i w konsekwencji zawiążemy z PO koalicję wyborczą do Rady Miasta - powiedział "Głosowi" B. Piotrusiewicz. Z większym dystansem na temat obecnego prezydenta Sopotu wypowiada się Lech Kaczyński.
- Niewątpliwie Jacek Karnowski jest energicznym politykiem z wieloma sukcesami na koncie, ale docierają do mnie tak sprzeczne opinie na jego temat, że trudno mi już teraz powiedzieć, czy PiS poprze tę kandydaturę - wyjaśnia L. Kaczyński.
Ostatecznej decyzji sprawie kandydata na prezydenta miasta nie podjął jeszcze sopocki SLD. W nieoficjalnych rozmowach najczęściej pojawia się nazwisko przewodniczącego klubu radnych SLD, Andrzeja Małka.
- Nikt mi oficjalnie niczego nie proponował. Jeśli otrzymam taką ofertę, to dopiero wtedy będę się zastanawiał, czy ją przyjąć - powiedział A. Małek.
Jerzy Lewandowski, przewodniczący SLD w Sopocie, zapewnia, że decyzja w tej sprawie zostanie podjęta do 15 czerwca.
- Wskazanie konkretnego kandydata utrudnia fakt, że zamierzamy iść do wyborów w koalicji z Unią Pracy i PSL.
Kandydata na prezydenta zamierza wystawić także Niezależne Forum Sopotu. Nieoficjalnie mówi się, że do walki o fotel prezydenta stanie Marek Śmiechowski.
- Jestem liderem Forum, więc moja kandydatura wydaje się dość prawdopodobna, ale jeszcze nie podjęliśmy ostatecznej decyzji - powiedział Śmiechowski.

am, TN, (pat) za "Głos Wybrzeża" z dnia 03.06.2002 r.

3. 6. 2002

Lech Kaczyński kandydatem na prezydenta stolicy

Szef PiS Lech Kaczyński będzie kandydował w najbliższych wyborach samorządowych na prezydenta Warszawy. Jego kandydaturę ogłoszono w niedzielę, podczas zjednoczeniowego kongresu PiS i Przymierza Prawicy.

Kongres zjednoczeniowy PiS i PP przebiegał pod hasłem "Jedność prawicy". W deklaracji zjednoczeniowej zapisano m.in., że konsolidacja obu ugrupowań ma służyć m.in. przeciwdziałaniu "budowie państwa SLD" i że jest "wyrazem woli walki o urzeczywistnienie zasady sprawiedliwości i prawo stojące na straży uczciwych obywateli".

Lech Kaczyński wyraził podczas kongresu przekonanie, że do następnych wyborów do parlamentu w 2005 r., PiS będzie "realną i zwycięską" alternatywą dla SLD.

Gośćmi kongresu byli szef Platformy Obywatelskiej Maciej Płażyński, prezes SKL-RNP Artur Balazs, oraz przewodniczący UW Władysław Frasyniuk. Balazs podkreślił w czasie swojego wystąpienia, że to na PiS spoczywa szczególna odpowiedzialność za cały obóz centroprawicy. Podkreślił też, że dla prawicowego elektoratu nie istnieje racjonalne wytłumaczenie faktu, że prawica jest podzielona.

Podczas kongresu szef Zarządu Głównego PiS Jarosław Kaczyński ogłosił, że jego brat a zarazem szef partii będzie kandydował na prezydenta Warszawy. Wskazał, że Lech Kaczyński jako minister sprawiedliwości dał dowód tego, że "władza PiS to władza skuteczna, sprawiedliwa i zdecydowanie odrzucająca zło". Delegaci przyjęli tę deklarację owacją na stojąco.

Sam Lech Kaczyński powiedział, że "Warszawie należy się władza, która nie potępiając w czambuł tego co było dotychczas, działa nieco inaczej". Później mówił dziennikarzom, że od początku w rozmowach z PO o koalicji w wyborach samorządowych na szczeblu miast wiadomo było, że w Warszawie nie uda się ustalić wspólnego kandydata na prezydenta.

Pytany, czy w przypadku, gdyby do drugiej tury warszawskich wyborów przeszedł kandydat PO Andrzej Olechowski, gotów byłby go poprzeć, Kaczyński odpowiedział, że "wszystko na zasadzie wzajemności". Dodał przy tym, że o ile jego własny życiorys polityczny jest zbliżony do życiorysów Donalda Tuska i Płażyńskiego, o tyle Olechowski ma "skrajnie różną przeszłość".

Po tym, jak Kaczyński ogłosił swój start w wyborach na prezydenta stolicy, salę opuścił szef PO.

Na kongres nie został zaproszony szef Ruchu Społecznego senator Krzysztof Piesiewicz. Lech Kaczyński pytany, czy to nie ze środowiskiem Piesiewicza łączy PiS programowo więcej niż z UW, podkreślił, że osoba Frasyniuka jest mu bliższa i że RS działa w "spółdzielczej atmosferze i nie chodzi tu o system Spółdzielczych Kas Zapomogowo-Kredytowych".

"Mówiłem szefowi poprzedniego rządu (Jerzemu Buzkowi-PAP), że warunkiem wspólnego startu w wyborach jest wyciągnięcie wniosków z tego, co się zdarzyło w ciągu ostatnich kilku lat i ta weryfikacja nie może dotyczyć tylko jednego polityka o inicjałach J.T. (Janusza Tomaszewskiego-PAP). To dotyczy znacznie większej grupy ludzi i czegoś takiego nie przeprowadzono - przeciwnie: ci właśnie ludzie wygrali ostatni zjazd RS" - powiedział.

Piesiewicz został szefem RS na ostatnim zjeździe tej partii a do nowej Rady Politycznej weszli m.in. Andrzej Anusz i Marek Markiewicz - kojarzeni z tzw. spółdzielnią - grupą parlamentarzystów AWS związanych dawniej z b. wicepremierem i szefem MSWiA Januszem Tomaszewskim.

W kongresie PiS uczestniczyło ok. 500 delegatów. Szeregi partii zasiliło w niedzielę 800 dotychczasowych członków PP. Liderzy partii chcą by do końca przyszłego roku PiS liczyło powyżej 10 tys. członków. Wybrano nową radę polityczną PiS - do "starej" rady dokooptowano posłów klubu PiS do tej pory związanych z PP oraz 63 inne osoby.

Nowa rada polityczna wybrała wiceszefów PiS. Zostali nimi Ludwik Dorn, Adam Lipiński oraz dotychczasowi liderzy PP: Marek Jurek i Kazimierz Michał Ujazdowski. Wybrano też 11-osobowy komitet polityczny, w skład którego weszło pięciu dotychczasowych polityków PP oraz sześciu członków PiS. Rada wybrała także jednogłośnie rzecznika prasowego partii - został nim Adam Bielan.

Społeczne komitety "Prawo i Sprawiedliwość" zaczęły powstawać w marcu ubiegłego roku - oddolnie, lecz z inspiracji braci Kaczyńskich. Budowanie struktur PiS rozpoczęło się na fali popularności ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego.

W maju ub.r., po fiasku rozmów w sprawie jednej listy ugrupowań centroprawicowych, komitet "Prawo i Sprawiedliwość" podpisał porozumienie o wspólnym starcie w wyborach z Przymierzem Prawicy.

PP zostało utworzone w marcu 2001 roku - głównie przez byłych działaczy ZChN, a także polityków SKL przeciwnych współpracy tej partii z Platformą Obywatelską.

(PAP)

3. 6. 2002

PiS, czyli przyjaciele

Przymierze Prawicy stało się częścią Prawa i Sprawiedliwości. Podczas kongresu zjednoczeniowego tych dwóch partii przywódca PiS Lech Kaczyński zadeklarował oficjalnie, że będzie ubiegał się o prezydenturę Warszawy.

- Warszawie należy się władza, która działa inaczej - mówił Lech Kaczyński, zapewniając, że ewentualna konkurencja o fotel prezydenta stolicy między nim a Andrzejem Olechowskim nie zagraża samorządowej koalicji wyborczej, jaką zawarło PiS z PO. Kaczyński podkreślał jednak, że o ile z wieloma liderami Platformy zna się jeszcze z czasów antykomunistycznej opozycji, to warszawski kandydat PO na prezydenta miasta "ma skrajnie odmienny życiorys". Dlatego trudno mu już dziś deklarować, iż poprze Olechowskiego, gdyby to on znalazł się w drugiej turze. Lech Kaczyński przypuszcza zresztą, że do drugiej tury przejdzie razem z kandydatem PO.

PiS nie zaprosiło na swój kongres szefa Ruchu Społecznego Krzysztofa Piesiewicza. Gośćmi Prawa i Sprawiedliwości byli natomiast liderzy UW i SKL-RNP, którzy wraz z Piesiewiczem przed dwoma tygodniami apelowali oficjalnie o utworzenie jednej centroprawicowej listy wyborczej. - Dziś miejsce naprawy i integracji prawicy jest w PiS. Nie ma innej formacji do tego zdolnej - mówił Artur Balazs z SKL do delegatów partii Kaczyńskiego, powtarzając apel o jedność. Jednak inny gość kongresu lider PO Maciej Płażyński stwierdził tylko, że koalicja PO - PiS na swoje listy zapraszać będzie wartościowych ludzi spoza własnych partii.

Rano, przed połączeniem PiS i PP, odbył się zjazd rozwiązujący drugą z tych partii (w wyborach startowała z list PiS, a jej liderami byli Kazimierz Ujazdowski i Marek Jurek). Delegaci Przymierza Prawicy przyjęli uchwałę w tej sprawie jednomyślnie, jednak wiadomo, że decyzja o połączeniu z ugrupowaniem Kaczyńskich już wcześniej skłoniła niektórych do odejścia z PP - część trafiła do Ligi Polskich Rodzin.

Spośród 2200 członków Przymierza Prawicy do PiS będzie przyjętych tylko 800 osób. Partia braci Kaczyńskich - aby zachować przewagę we wspólnym ugrupowaniu - ma zapewnione prawo wprowadzenia do nowego PiS dwukrotnie większej liczby członków niż PP. Ponieważ jednak ma obecnie tylko 400 członków, to do PiS zapisze oprócz nich także 1400 sympatyków z pozapartyjnych komitetów Prawo i Sprawiedliwość.

Prezesem PiS będzie w dalszym ciągu Lech Kaczyński. Jego zastępcami zostaną Ludwik Dorn i Adam Lipiński (z dotychczasowego PiS) oraz Marek Jurek i Kazimierz Michał Ujazdowski (z PP). - Nasze atuty to zdolność współpracy, pełny wachlarz ideowy wszystkich nurtów prawicy i suwerenność naszej partii - mówił wczoraj Ujazdowski, a Jarosław Kaczyński, choć przypominał trudne rozmowy z PP o zjednoczeniu, to dodawał zaraz, że nigdy w czasie ich trwania politycy obu partii nie przestali być przyjaciółmi.

Marcin Dominik Zdort za "Rzeczpospolitą" z dnia 03.06.2002 r.

3. 6. 2002

Jedność prawicy

W opinii lidera PiS Lecha Kaczyńskiego, w 2005 r., kiedy mają się odbyć wybory do parlamentu, jego formacja będzie "realną i zwycięską" alternatywą dla SLD.

"Dzisiaj zjednoczyliśmy się w jedną organizację z Przymierzem Prawicy. Zawrzemy porozumienie z Platformą Obywatelską. Będziemy szukać szerszych formuł. Myślę, że w 2005 r. będziemy mogli stanąć do wyborów jako realna i zwycięska alternatywa wobec SLD" - mówił Kaczyński otwierając niedzielny kongres zjednoczeniowy PiS i PP.

W swoim wystąpieniu podkreślił znaczenie jedności.

Kongres odbywa się pod hasłem "Jedność prawicy". Kaczyński mówił, że zjazd ten ma ostatecznie przypieczętować zjednoczenie PP i PiS.

"Mamy więc dzisiaj dzień radosny, dzień ostatecznego sfinalizowania drogi, którą wspólnie szliśmy przez ostatnie kilkanaście miesięcy" - mówił Kaczyński. - Jedność jest wielką wartością.

Jego zdaniem, PiS i PP to dwa środowiska, które mimo różnic mają generalnie zbieżne poglądy. Nie ma - jak mówił - między nimi różnicy co do tego, że Rzeczpospolita wymaga naprawy. Przed Polską stoją olbrzymie problemy: ponad 3 mln bezrobocie, panosząca się przestępczość, korupcja, ewidentna słabość państwa - zaznaczył Kaczyński.

W jego ocenie, przeciwdziałanie tym zjawiskom może być realizowane w warunkach jedności.

(PAP)

3. 6. 2002

ARCHIWUM AKTUALNOŚCI (LATA 2001-2006):
Sierpień 2001 | Wrzesień 2001 | Październik 2001 | Listopad 2001 | Grudzień 2001
Styczeń 2002 | Luty 2002 | Marzec 2002 | Kwiecień 2002 | Maj 2002 | Czerwiec 2002
Sierpień 2002 | Wrzesień 2002 | Październik 2002 | Listopad 2002 | Grudzień 2002
Styczeń 2003 | Luty 2003 | Aktualności z lat 2004-2006

Pomorskie Towarzystwo na rzecz Poszkodowanych Właścicieli
i Użytkowników „Petycja” w Gdańsku

którego jednym z założycieli jest gdański radny Ryszard Śnieżko udziela informacji i doraźnej pomocy w sprawach związanych z ochroną interesów właścicieli i użytkowników poszkodowanych działaniami władz, organów administracyjnych i innych instytucji publicznych; w zakresie budownictwa, ekonomiki i prawa cywilnego.

Informacje: tel. 305-03-32 „Petycja”


Redaktor naczelny: Andrzej Denis; zespół redakcyjny: Marcin Adamiak, Leszek Antoszewski, Grzegorz Bonk, Janusz Długołęcki, Marcin Dobrzyński, Artur Dziambor, Marcin Horała, Dariusz Lubański, Waldemar Pawilczus, Maciej Roman, Mariusz A. Roman, Zdzisław Urla; adres korespondencyjny: ul. Marii Curie-Skłodowskiej 15A/2, 81-231 Gdynia; wydawca: Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna „Osobita” w Gdańsku; www: http://www.prawicapolska.pl; e-mail: redakcja@prawicapolska.pl. Redakcja nie zwraca tekstów nie zamówionych oraz zastrzega sobie prawo do ich skracania i zmiany tytułów.

Z teczek bezpieczeństwa

BASTION ŚWIĘTEGO JERZEGO

POMORZE

HISTORIA

IDEE

GOSPODARKA

WYWIADY

LINKI

Dodaj do ulubionych

Ustaw stronę Prawicy Polskiej jako startową

Poleć stronę znajomym

Mariusz A. Roman

FMW

Liga Republikańska