redakcja@prawicapolska.pl

NR 17

http://www.prawicapolska.pl

Hit Counter

NUMER BIEŻĄCY

STRONA GŁÓWNA

AKTUALNOŚCI

NUMERY ARCHIWALNE

KONTAKTY

LISTY

O Grudniu ’70 i historykach

Grudzień ’70 był największym wydarzeniem w powojennej historii Gdyni. Przenika do podręczników historii z dużymi oporami i powoli, ale fakty są nieubłagane. Powoli, bo historykom dużo czasu zajmuje docieranie do głębszych pokładów archiwów i uwalnianie opracowań od zawartego w nich kłamstwa. A największym wydarzeniem był dlatego, że urodziła się wtedy nowa świadomość społeczna. Przebiegało to dwoma etapami.

We wtorek 15 grudnia robotnicy utrzymywali zdyscyplinowanie, by nie dać propagandzie komunistycznej pretekstu do wyzywania od warchołów i bandytów – jak to poprzedniego dnia było w Gdańsku. Idąc w pochodzie równymi rzędami poczuli swoją siłę, a kiedy doprowadzili do podpisania porozumienia z władzą, uwierzyli, że naprawdę są tą marksistowską klasą robotniczą - przodującą siłą narodu.

1970Byli (w większości) pokoleniem urodzonym już w PRL, nasączonym komunistycznymi hasłami. Postulaty stanowiące podstawę porozumienia dotyczyły zmniejszenia, a praktycznie zniesienia, różnic między kadrą techniczną a nimi. Odtąd miało być „tak, jak w Chinach – wszystkim po równo”. Toteż gdy następnego dnia dowiedzieli się o aresztowaniu komitetu strajkowego, od razu wiedzieli, że to matactwa „burżuazji” – coś tam słyszeli o walce klas. No a kim dla tych młodych ludzi mogli być „burżuje”, jeśli nie „tymi z nadzoru”? Zwrócili więc swój gniew przeciw kadrze technicznej i urzędnikom, żądając natychmiastowego uwolnienia aresztowanych. Zdawali sobie jednak sprawę, że nie wszyscy inżynierowie są „burżujami”, znali ich, kontaktowali się z nimi na co dzień, wiedzieli, jak niewiele oni mogą. Więc kto jest winien? Oczywiście ci siedzący w komitetach, odgradzający się od ludzi kratami, strzeżeni armią funkcjonariuszy jawnych i tajnych.

„Obywatele! Wszyscy stańmy do walki o lepsze jutro! Precz z reżimem PZPR! Czerwona burżuazja chce nas zagłodzić!” – wydrukowali na dziecinnej drukarence.

Komuniści się przerazili. Stworzyli klasę robotniczą, ale miała to być zindoktrynowana bezwolna masa, stanowiąca ich bazę polityczną. Tymczasem klasa ta nie tylko poczuła swoją siłę, nie tylko odwróciła się od partii, noszącej miano „robotniczej”, ale właśnie w niej odkryła swojego wroga.

Masakra gdyńska miała ją nauczyć rozumu. Pokazać, że „kto podnosi rękę na władzę ludową, temu władza tę rękę utnie” – jak to w 1956 sformułował Cyrankiewicz. A Zenon Kliszko w 1970 roku – „zginie trzystu robotników, ale bunt zdławimy”. Zastawili więc pułapkę przy Gdyni-Stoczni, bo nie było stąd jak uciekać. Milicjanci zatrzymując ludzi na ulicach i każąc pokazywać ręce, nie szukali śladów po rzucaniu kamieniami – szukali robotników, ludzi, których ręce noszą ślady fizycznej pracy. Metoda była sprawdzona w Rosji podczas rewolucji bolszewickiej, tylko tam rozstrzeliwano ludzi o delikatnych rękach, a u nas znęcano się nad ludźmi o rękach naznaczonych pracą. Szczególnie brutalnie milicja traktowała stoczniowców, doprowadzając wielu z nich do kalectwa, co świadczy o precyzyjnych rozkazach.

Dlaczego tego nie ma w historycznych opracowaniach? Bo polscy historycy nie ufają relacjom uczestników i piszą tylko to, co znajdą w archiwach. Że zaś żaden przestępca nie będzie swoich czynów dokumentował na piśmie, to faktów takich w nich nie ma. Tak samo jak nie ma o tym, że strzelano z helikopterów.

Bunt robotniczy i sposób, w jaki został zdławiony, miały być wymazane ze świadomości narodowej z dwóch powodów. Ponieważ robotnicy potrafili się tak dobrze zorganizować, że – wyprzedzając historię o dziesięć lat - powołali komitet międzyzakładowy i zawarli pierwsze w dziejach PRL porozumienie z władzą i ponieważ sposób zdławienia ich protestu jasno pokazywał, że wojsko polskie straciło charakter narodowy a stało zbrojnym ramieniem partii. Objęty więc został ścisłym zapisem cenzury i nawet zupełnie drobne wzmianki na ten temat nie przedostawały się na łamy prasy.

17 grudnia 1970 roku wiele ideologicznych iluzji wyparowało z robotniczych głów. Została nienawiść do komunistów, dotąd utrzymująca się w świadomości zbiorowej – to nie przypadek, że miasto do dziś głosuje przeciw nim.

Inteligencja polska procesu tego nie dostrzegła. Gustaw Herling Grudziński zapisał dyskusję, jaką w pierwszej połowie 1976 roku toczyli w Paryżu Adam Ciołkosz i Stefan Kisielewski:

„Ciołkosz utrzymywał, że systemu nie da się zmienić, bo jest śmiertelnie chory, trzeba go w całości usunąć i zniszczyć jego polityczną nadbudowę. Zrobić to mogą jedynie robotnicy, nie dlatego, że są ludźmi z lepszej gliny, lecz dlatego, że warunki bytu zmuszają ich do solidarności i walki. Kisiel (który wtedy marzył o finlandyzacji) na to: Z tymi robotnikami, to się pan gruntownie myli. To nie są robotnicy, jakich pan znał i pamięta, to są ludzie ze wsi i na nich liczyć nie można. W kilka tygodni potem był Radom i Ursus.

Przy sposobności dodam – pisze dalej Herling Grudziński – że pogląd zbliżony do poglądu Ciołkosza głosił od lat uporczywie Jerzy Giedroyć. Byłem świadkiem (i uczestnikiem) dyskusji Jerzego z profesorem Lipińskim, który również z ogromną irytacją próbował nam wybić z głowy „liczenie na robotników, opisując ich jako zbrutalizowanych podludzi. Trudno się nie uśmiechnąć na myśl, że został później animatorem i bodaj przewodniczącym KOR i z dumą podkreślał przy byle okazji półwiekową przeszłość socjalistyczną. No, ale to są wspomnienia z okresu, gdy w warszawskich salonach panowała moda wyrażania się o robotnikach per „robole””.

I myślę, że coś z tego trwa do dziś. Relacje robotników są mniej ważne, bo co oni wiedzą, co może wiedzieć niewykształcony człowiek! Ci z KC to oczywiście kłamcy, ale szkoły pokończyli, a gdy się ich weźmie w krzyżowy ogień pytań, sypną się i prawda wyjdzie na jaw. To dlatego po 1989 roku tyle powstało wywiadów-rzek. To dlatego historycy wolą opierać się na materiałach politbiura. Coś jednak w tej sprawie drgnęło. W październikowym numerze „Więzi” opisana została dyskusja redakcyjna, zatytułowana „Co się stało z państwem policyjnym”, w której postawiony został problem źródeł historycznych, a w listopadowym znajduje się artykuł pod znaczącym tytułem „Czy wiedza jest tylko w archiwach”.

Wiesława Kwiatkowska

redakcja@prawicapolska.pl

Z teczek bezpieczeństwa

BASTION ŚWIĘTEGO JERZEGO

POMORZE

HISTORIA

IDEE

GOSPODARKA

WYWIADY

Liga Republikańska