Plany pękały jak mydlane bańki
ZAMKI Z PIASKU
Z prof. Andrzejem Grzelakowskim rozmawia Grzegorz Bonk
- Mija 12 lat przemian ustrojowych w kraju. Jak z tej perspektywy ocenia pan realizację szeroko pojętej gospodarki morskiej?
- A cóż to za pojęcie: „gospodarka morska”? Idei tej nie da się jednoznacznie określić i sprecyzować. Konsekwencją tego pojęcia jest „polityka morska”, a takimi pojęciami nikt - poza Polską - już nie operuje. Używamy niesprecyzowanych pojęć, a później w oparciu o nie budujemy zupełnie nierealne strategie. A na samym końcu dziwimy się, że nie wychodzi. Najpierw należy precyzyjnie zdefiniować problem, a później go rozwiązywać.

- Czy dostrzega pan obecnie jakąś głębszą myśl, pomysł na zagospodarowanie, w sensie ekonomicznym i społecznym, tego skrawka polskiej ziemi przyległej do morza.
- Sprawy te powinny być skupione w jednym lub co najwyżej w dwóch resortach. Łatwiej będzie wówczas zbudować spójną, akceptowaną społecznie politykę portową, żeglugową, przemysłową...
- A jak sytuacja wygląda obecnie?
- Istnieje rozproszenie kompetencyjne w tej dziedzinie. Część spraw znajduje się w gestii Ministerstwa Infrastruktury, pewne elementy spraw rozwiązywane są w Ministerstwie Skarbu Państwa oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a o jeszcze innych decyduje minister finansów. W takiej sytuacji nie można wypracować jednolitej, spójnej koncepcji rozwoju tego, co pan nazywa gospodarką morską.
- Błędy więc leżą u podstaw spojrzenia na problemy gospodarki morskiej.
- Zapomniano też o jednej podstawowej rzeczy: nie można portów, żeglugi, przemysłu stoczniowego traktować jako podmiotów, na które patrzy się wyłącznie z punktu widzenia ekonomicznego, tj. rentowności działalności. Przecież podmioty związane z tzw. gospodarką morską zatrudniają w Trójmieście kilkadziesiąt tysięcy pracowników, a kolejne kilkadziesiąt tysięcy pracuje w zakładach kooperujących ze stoczniami i portami. Zakłady te są bardzo istotnym elementem stabilizującym lokalny rynek pracy, ale nie tylko. Jeżeli tutaj nastąpi tąpnięcie, to pracę może stracić Kowalski zarówno w Lublinie, jak i Krakowie. Jeżeli tego aspektu nie dostrzega państwo oraz władze samorządowe, które oficjalnie walczą z bezrobociem, to popełniają elementarny błąd polegający na zaniechaniu stymulacji tego sektora gospodarki.
- Czy istnieje możliwość pozyskania większego kapitału w rozwój gospodarki morskiej, a nie tylko pozyskiwania finansów na budowę marketów, które wysysają pieniądze na zewnątrz?
- Miasto musi patrzeć na swój port i stocznię w pewnej perspektywie czasowej, ze świadomością, że w gospodarce występują cykle koniunkturalne - raz jest lepiej, raz gorzej. Lokalni włodarze muszą pamiętać, że zakłady te dają gwarancję stabilizacji i spokoju społecznego. Nie sądzę, by w najbliższej przyszłości miasto i port mogły stać się terenem aktywnego zaangażowania kapitału zagranicznego. Bardziej atrakcyjne warunki dla tego kapitału stwarzają nasi sąsiedzi i konkurenci, np. Łotysze, Litwini.
- Mówił pan, że brakuje nam wypracowanej, wspólnej koncepcji rozwoju gospodarki morskiej. Przecież tak wielu prominentnych polityków urodziło się i wychowało na Pomorzu. Gdy popatrzymy na programy wyborcze, to pełno w nich haseł odwołujących się do polityki morskiej, jej odbudowy i rozwoju. Czy to oznacza, że ci politycy nie wiedzą co obiecują, czy też mają krótką pamięć?
- Gdy politycy mówią dzisiaj o polityce morskiej, to budują zamki na piasku. Również po stanie wojennym realizowano polską politykę morską - plany i założenia, które pękły jak mydlane bańki. Budowano wizje, co do których z góry wiedziano, że się nie spełnią. Dzisiaj sytuacja wygląda podobnie, nie wszyscy politycy wiedzą o czym mówią. Poszukuje się analogii z okresem międzywojennym, zapominając przy tym, że wówczas panowały inne warunki zewnętrzne i wewnętrzne. Inną rolę spełniała Gdynia, a inną Gdańsk: funkcjonowały dwa odrębne rynki pracy, to były też dwa różne organizmy państwowe o zupełnie rozbieżnych interesach ekonomicznych i politycznych.
- Skoro pan dostrzega słabe punkty, to dlaczego nie widzą ich decydenci na szczeblu centralnym i lokalnym?
- Może i dostrzegają, ale skuteczne grupy nacisku wywodzą się z innych obszarów kraju. Wystarczy popatrzeć na górników i hutników, którzy w obronie swoich interesów potrafią „najechać” na Warszawę. Nie wiem dlaczego większy nacisk położono na rozwiązywanie problemów południowej Polski.
- Nigdy nie zadawał pan sobie tego pytania?
- Zadawałem, ale nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Przecież gołym okiem widać, że zapaść w tej dziedzinie będzie powodowała degradację socjalną i ekonomiczną. Nie wiem czy zabrakło wizji, koncepcji, czy też za późno się zorientowano... Może polską rację stanu zwyciężała siła i partykularne interesy poszczególnych grup zawodowych.
- Czy jesteśmy skazani na hasła i zamki na piasku?
- Musimy wiedzieć czego chcemy. Na razie chcemy osiągnąć wszystko w krótkim czasie, a tak niewiele mamy. Idąc tą drogą doprowadzimy do dalszej destrukcji tego sektora gospodarki, który – jak tak dalej pójdzie - zostanie sprowadzony jedynie do realizacji zadań ze sfery socjalnej. To nie jest koncepcja obliczona na rozwój, a na przetrwanie, sztuczne podtrzymywanie tego sektora. Musimy poszukiwać swoich szans tam, gdzie czujemy się mocni i w perspektywie możemy wygrać. Na tym musimy się koncentrować. Należy pamiętać też o tym, że gospodarka morska to nie jest jakaś wyselekcjonowana branża, to jest składnik szeroko rozumianego potencjału gospodarczego kraju.
- O czym nie muszą wiedzieć mieszkańcy z południowej Polski.
- Mieszkańcy nie muszą, ale politycy powinni. Dlatego wolę mówić o polityce transportowej, żeglugowej, a nie morskiej. Bo kogo w Zakopanem taka polityka obchodzi i interesuje, skoro mają własne problemy z oscypkiem? Jeżeli jednak będziemy mówili o całej infrastrukturze związanej z morzem, a więc drogach, kolei, hutach, to nie będzie już tylko problem samego Pomorza, a całej Polski. Łączmy zatem północ z centrum i południem poprzez wspólne dla nich grupy interesów, a nie dzielmy Polski na „morską” i „lądową”.
- Czy w Trójmieście jest miejsce dla dwóch portów, dwóch stoczni?
- Ta sytuacja ma swoje wady i zalety. Problem jest tego typu, że jeszcze nikt nie zbadał jakie są konsekwencje społeczne i ekonomiczne utrzymywania dwóch odrębnych bytów portowych, w dwóch różnych organizmach miejskich... W tej mierze borykamy się z dziedzictwem historii. Nie widzę dobrej woli – zarówno po stronie Gdańska, jak i Gdyni – w integracji tego układu. Szkoda, bo w ten sposób marnowany jest potencjał rozwojowy obu portów. Z punktu widzenia makroekonomicznego gospodarki narodowej lepiej byłoby stworzyć jeden silny organizm, który byłby w stanie konkurować na Bałtyku z portami niemieckimi.
- Czy nasze społeczeństwo jest przygotowane na taki - jak by nie patrzeć – szok?
- Nie. Jeszcze nie dokonaliśmy pełnego rachunku. Nie jesteśmy też przygotowani psychologicznie. Ale czas najwyższy, by taki rachunek przeprowadzić. Sądzę, że najbardziej w tej rewolucji „przeszkadzają” struktury administracyjne Gdańska i Gdyni. Czas jednak odważnie popatrzeć w przyszłość i mieć wizje na miarę budowniczych Gdyni.
- Dziękuję za rozmowę.
Fot. Anna Parczewska
Andrzej S. Grzelakowski
Profesor nauk ekonomicznych, absolwent Wydziału Transportu Uniwersytetu Gdańskiego z 1971 r. W latach 1992-1997 konsul ds. morskich RP w Hamburgu. W latach 1998-2001 podsekretarz stanu w Ministerstwie Transportu i Gospodarki Morskiej oraz członek Zespołu Negocjacyjnego ds. Członkostwa RP w UE. Obecnie profesor zwyczajny Akademii Morskiej w Gdyni. Autor ponad 300 publikowanych w prasie krajowej i zagranicznej artykułów, prac studialnych oraz podręczników dla studentów.

redakcja@prawicapolska.pl
|