Największa morska tragedia rozegrała się na naszych wodach
Gigantyczny cmentarz
30 stycznia 1945 r. „Wilhelm Gustloff”, okręt Kriegsmarine, podniósł kotwicę i ruszył w swoją ostatnią podróż. Uciekinierzy, zaokrętowani na jednostce, sądzili, że umknęli okrutnej śmierci z rąk żołnierzy Armii Czerwonej. Marynarze Kriegsmarine płynęli do Rzeszy, by zaokrętować się na U-Booty i podjąć walkę z przeciwnikiem. Miarowa praca silnika, eskorta dwóch okrętów dawały złudne poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem kostucha zaczęła swój taniec wokół jednostki. W mroźnych wodach Bałtyku czaił się sowiecki okręt podwodny...
Ile osób zaokrętowano na „Wilhelma Gustloffa”? Dokładna odpowiedź na to pytanie nie jest znana i prawdopodobnie zagadka ta nigdy nie zostanie rozwikłana. Różne źródła historyczne podają zupełnie odbiegające od siebie liczby. Oscylują one wszakże w granicach od 5500 do 8500 osób. Dokładne zewidencjonowanie wszystkich było niemożliwe, zważywszy że do odpływającego okrętu stale dobijały barki, promy i małe jednostki z uciekinierami.
Pomimo zakazu kapitana Friedricha Petersena, znaczna część uciekinierów ubrała się w nocny strój i położyła spać.
„Wilhelm Gustloff”, po minięciu Rozewia, prostym kursem podążał na zachód. Okręt nie „zygzakował”, co mogło uchronić go przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Zaciemnione okręty, walcząc z kilkumetrowymi falami, powoli posuwały się naprzód.
11 stycznia 1945 r. radziecki okręt podwodny S-13, dowodzony przez kapitana III rangi Aleksandra Marinesko, opuścił tymczasową bazę w Turku i wypłynął w rejs patrolowy. 19 dni później zajął pozycję bojową w rejonie Półwyspu Helskiego, tuż przy wyjściu z Zatoki Gdańskiej. O godzinie 19.10 będący na wachcie sygnalista, mat A. I. Winagradow, zauważył wychodzącą z Zatoki Gdańskiej dużą jednostkę z zaciemnionymi światłami pozycyjnymi i topowymi. O godzinie 21.00 S-13 zajął dogodną pozycję do ataku torpedowego. Kilka minut później, z położenia nawodnego, odpalono trzy śmiercionośne cygara. Odległość od celu wynosiła 400 metrów.
Kiedy okrętowe zegary wskazywały godzinę 21.03 silny wybuch wstrząsnął niemieckim kolosem. Wszyscy członkowie załogi i pasażerowie zerwali się na równe nogi. Po kilku sekundach nastąpiła kolejna eksplozja, a następnie trzeci wstrząs targnął okrętem. Podmuch gorącego powietrza przeleciał przez korytarze.
Tak tamte chwile relacjonował Willi Johen, żołnierz niemiecki płynący na „WG”: „O godzinie 9.00 wieczorem wraz z kolegą zdaliśmy posterunek wartowniczy i labiryntem zaciemnionych korytarzy udaliśmy się do naszej kajuty znajdującej się na górnym pokładzie z przodu statku. Nastawiliśmy wodę na herbatę, chcieliśmy przygotować sobie coś do zjedzenia. Ten moment pamiętam jak dziś. W lewą dłoń ująłem bochenek chleba, w prawej trzymałem nóż. Właśnie miałem ukroić kromkę, gdy statkiem wstrząsnął pierwszy wybuch. Początkowo nie wyglądało to groźnie. Pomyślałem sobie, że może wpłynęliśmy na zastawioną przez Rosjan minę. Jednak po chwili nastąpiła druga eksplozja, a następnie trzecia. Po ostatnim wybuchu zgasło światło. Ludzie wpadli w panikę. Wszędzie było słychać krzyki i przekleństwa. Otworzyłem drzwi kajuty. Poczułem zapach spalenizny, smród trotylu. Nie widziałem dymu, ponieważ wszędzie panowała ciemność. Po chwili zajarzyły się małe lampki oświetlenia awaryjnego. Wraz z kolegą powoli zaczęliśmy się pakować”.
Radiotelegrafista Rudolf Lange rozpoczął nadawanie sygnału: <Statek „Wilhelm Gustloff”. Trzy trafienia torpedą. Tonie w pozycji 55.8 Nord i 17.39 Ost. Wzywa na ratunek. Na pokładzie 6000 ludzi >.
Wszystkie trafienia umieszczone były poniżej linii wodnej lewej burty. Przez trzy wielkie dziury do kadłuba okrętu wdzierały się tony wody. Los niemieckiego transportowca był już przesądzony.
„Ruchy fal przybierały na sile, wiał zimny wiatr. Między pędzącymi chmurami pojawił się blady księżyc. Nasz kuter szybko wypełnił się ludźmi, którzy w pośpiechu wdrapywali się na burtę, powodując zagrożenie przewrócenia się łodzi. Śnieg wewnątrz łodzi topniał bardzo szybko, wkrótce siedzieliśmy już prawie po kolana w wodzie. W podnieceniu nie czułem lodowatego zimna. Wielu ludzi, zwłaszcza kobiety dryfujące w wodzie, wciągano do łodzi, przez co do środka dostało się jeszcze więcej wody. Wiele postaci bezgłośnie przepływało obok nas, wisieli w kamizelkach ratunkowych i chyba już nie żyli. Po jakimś czasie w naszej łodzi wielu już też nie żyło. Wyciągnięte z morza kobiety i dzieci były tak słabe, że zsuwały się z ławki i topiły w wodzie. Mój sąsiad zauważył podczas wiosłowania, że nastąpił na coś miękkiego. Były to zwłoki dziecka, leżące u jego stóp twarzą do dołu. Byliśmy jednak tak otępiali i wyczerpani, że nic nas nie zdołało poruszyć” - wspominał ocalały pasażer „Gustloffa”. Agonia transportowca trwała 63 minuty.
Łącznie uratowano od 902 do 1104 rozbitków (różne źródła podają rozbieżne liczby).
Jeszcze przez kilkanaście dni po tragedii fale wyrzucały na brzeg setki ofiar katastrofy. Na plażach od Ustki po Władysławowo leżały ciała topielców. Zwłoki zbierano i transportowano do Gdyni, gdzie były identyfikowane i oddawane rodzinom.
Henryk Herlinger

redakcja@prawicapolska.pl
|