redakcja@prawicapolska.pl

NR 23

http://www.prawicapolska.pl

496152

NUMER BIEŻĄCY

STRONA GŁÓWNA

AKTUALNOŚCI

NUMERY ARCHIWALNE

KONTAKTY

LISTY

Aktywność publiczna jest moim powołaniem

Rozmowa z Jarosławem Sellinem, wiceministrem kultury i dziedzictwa narodowego, posłem wybranym z listy Prawo i Sprawiedliwość

- Co skłoniło Pana ministra, by zająć się polityką?

- Wszedłem w politykę niejako z marszu wraz z ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce, gdy jako student historii UG zostałem zaproszony do współpracy z podziemnym, prawicowym Ruchem Młodej Polski. W środowisku tym można było nauczyć się politycznego myślenia, kultury debaty publicznej, odpowiedzialności za czyny. Krótko mówiąc, już wtedy wiedziałem, że aktywność publiczna jest moim powołaniem. Oczywiście, nie wiedziałem jeszcze dokładnie, jakie będzie ona mogła przybrać formy. Nikt z nas nie spodziewał się tak szybkiego upadku komuny i można było podejrzewać, że do końca życia ta publiczna aktywność będzie musiała przybierać formy konspiracji i ciągłej walki z systemem. Na szczęście, gdy kończyłem już studia, komunizm zaczął się walić, a z momentem odzyskania niepodległości przed takimi, jak ja, stanęła perspektywa bardzo konstruktywnego publicznego działania. Przecież trzeba było w Polsce niemal wszystko budować od nowa.

- W końcu został Pan posłem? Wcześniej, jak wiemy, zajmował się Pan nauką i mediami.

- Na początku pochłonęło mnie dziennikarstwo (tygodnik katolicki "Młoda Polska", telewizja publiczna, potem prywatna). Jednak jako już dosyć znany dziennikarz telewizyjny w 1998 roku otrzymałem propozycję od premiera Jerzego Buzka, by zostać rzecznikiem prasowym jego rządu. A po roku Sejm wybrał mnie na członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Przez 7 lat pełniłem więc funkcje, które są czymś pośrednim między aktywnością medialną a polityką. Naturalnym więc następnym krokiem było wejście do polityki wprost. A politykę na najwyższym szczeblu w demokratycznym państwie uprawia się w parlamencie. Tam forsuje się bliskie idee poprzez stanowienie prawa, tam "uciera się" kompromisy polityczne, tam wyłania się rząd, tam się go wspiera lub staje się wobec niego w opozycji. Zawsze lubiłem dyskusje, spory. A polityczny ich wymiar powinien się toczyć w parlamencie.

- Używa Pan pojęć "dyskusja", "debata publiczna", "ucieranie racji". Ale przecież większość społeczeństwa gorszy się, gdy widzi poziom tych dyskusji w parlamencie. Przez to Sejm nie cieszy się zbyt dużym autorytetem.

- Dostrzegam to zjawisko i ubolewam nad tym. Rzeczywiście Polacy często uważają, że to, co się dzieje w parlamencie, to jedynie gorszące kłótnie. Nie zgadzam się z tym. Na tym właśnie polega genialny wynalazek uporządkowanej prawnie demokracji, że różne racje istniejące w narodzie zdobywają sobie prawo obecności w specjalnej przestrzeni, jaką jest parlament i tam mają się ścierać, a nie na ulicy przy pomocy "argumentów" nie tylko słownych. Przecież poruszamy tam problemy niezwykle ważne dla ludzi i one muszą wywoływać emocje. Oczywiście uważam, że w dyskusji winien obowiązywać dobry smak i szacunek dla adwersarza. Należy zwalczać błąd, a nie błądzącego; grzech, a nie grzesznika. Ale nie oburzam się nadmiernie, jeśli ktoś posuwa się dalej, jest w dyskusji agresywny. Tacy są ludzie i takich też wybierają wyborcy. I proszę mi wierzyć - poziom dyskusji politycznej w polskim Sejmie nie wypada niekorzystniej niż we Francji, we Włoszech czy w Hiszpanii.

- Jednym z podstawowych obowiązków posła jest udział w głosowaniach. Wiem, że osoba pełniąca funkcję  ministra w rządzie nie zawsze może w nich uczestniczyć. Czy Panu udało się te funkcje pogodzić?

- Podchodzę do swych obowiązków, zarówno ministerialnych, jak i poselskich, niezwykle poważnie. Obie prace traktuję jak służbę, a w RMP nauczyłem się, że polityka to nie jest tylko "sztuka zdobywania i utrzymywania władzy", lecz "działanie na rzecz dobra wspólnego". A będąc ministrem czy posłem można tego dobra zdziałać sporo. Przejrzałem statystyki i z zadowoleniem mogę stwierdzić, że jestem chyba ministrem-posłem, któremu najrzadziej spośród tych, którzy też łączą te funkcje, zdarza się nie uczestniczyć w głosowaniach. To absolutnie wyjątkowe sytuacje związane najczęściej z koniecznością zagranicznego wyjazdu.

- Czy nie miał Pan nigdy dylematu, że nie głosuje Pan właściwie?

- Myślę, że na anarchię na prawicy wystarczająco długo napatrzyliśmy się w latach 90. Ja zawsze byłem zwolennikiem działania na zasadzie 3 razy "d": dyskusja - decyzja - dyscyplina. Tak jest w klubie PiS i to działa. Jesteśmy dzięki temu skuteczni. Oczywiście nie jest tak, że zawsze zgadzam się z instrukcją klubową do głosowania. Bywają różnice. Ale wychodzę ze słusznego w odpowiedzialnej polityce założenia, że polityka to gra zespołowa i tylko tak ją uprawiając można osiągnąć sukces.

- Część wyborców PiS-u ciężko przeżyła waszą koalicję z Samoobroną i LPR. Jak Pan się na nią zapatrywał?

-Byłem pełen obaw, ale uważam, że nie mieliśmy innego wyjścia. W 2005 roku dwa ugrupowania wygrały wybory: PiS i PO. Jedno z nich wzięło odpowiedzialność za sprawowanie władzy w Polsce, a drugie od tej odpowiedzialności się uchyliło. W dodatku nie pozwoliło nam na przyspieszone wybory wczesną wiosną 2006 roku. Chcieli nas zmusić do bezskutecznych rządów mniejszościowych lub do egzotycznych koalicji. A my nie byliśmy zainteresowani "władzą dla władzy", lecz realnym zmienianiem Polski. Zaryzykowaliśmy ten drugi scenariusz i dzięki temu przez 1,5 roku mogliśmy zrealizować dużą część programu PiS.

-W najbliższej perspektywie należy spodziewać się przyspieszonych wyborów. Czy wówczas ponownie zamierza Pan kandydować na posła?

-Oczywiście. W ustabilizowanych demokracjach politycy funkcjonują w parlamencie kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. A ja mam dopiero za sobą dwa lata poselstwa. Myślę też, że wielu spośród 18 tysięcy wyborców, którzy głosowali na mnie w 2005 roku, nie wybaczyłoby mi dezercji w trudnym momencie, gdy dzieło budowy IV Rzeczpospolitej nie zostało jeszcze dokończone. Chciałbym też sprawdzić, ilu nowych wyborców przekonałem do siebie przez te dwa lata. Nie muszę chyba dodawać, że chcę kandydować ponownie z okręgu Gdynia - Kaszuby, bo najprzyjemniej jest zabiegać o głosy w swojej małej ojczyźnie. A potem interesować się szczególnie nią. Poza tym, praca poselska daje niezwykłe możliwości spotkań i poznawania nowych ludzi. A ja ludzi bardzo lubię i bardzo takich doznań pragnę. Mam nadzieję, że ci wszyscy, którzy zetknęli się ze mną jako posłem i ministrem, potwierdzą te słowa, bo ja naprawdę tak to odczuwam.

- Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał: Marcin Dobrzyński

redakcja@prawicapolska.pl

Z teczek bezpieczeństwa

BASTION ŚWIĘTEGO JERZEGO

POMORZE

HISTORIA

IDEE

GOSPODARKA

WYWIADY

Liga Republikańska